Miesiąc: Styczeń 2008

Wieczór liguryjski w Rubikonie

Rubikon zdecydowanie należy do moich ulubionych restauracji warszawskich. Cechy charakterystyczne to dobre jedzenie, świetna obsługa i właścicielka zawsze obecna na sali, żywo zainteresowana gośćmi. Obsługa zresztą tę restaurację wyróżnia. Jeśli rozmawiacie przy stole o deserze i zastanawiacie się, czy wziąć czy nie, możecie być pewni, że kelner już czeka z kartą deserów i podejdzie, kiedy tylko podejmiecie pozytywną decyzję. To jest wyprzedzanie potrzeb klientów i takiej obsługi oczekujemy w dobrych restauracjach.

Don Giovanni

Prawie każdy zna operę „Don Giovanni” Mozarta, a przynajmniej kilka najsłynniejszych arii choćby takich jak „La ci darem la mano”. Ta muzyka jest tak obecna na co dzień, że trudno tu o odkrycia muzyczne, choć sam geniusz Mozarta zaskakuje nieustająco. Libretto według molierowskiego „Don Juana” też nie zaskoczy raczej rozwojem wydarzeń. Jednak inscenizacja Don Giovanniego w Operze Narodowej to inscenizacja w reżyserii Mariusza Trelińskiego, a to nazwisko jest gwarancją niespodzianek i niestandardowych rozwiązań. Do śmiałej reżyserii i śmiałych dekoracji dołączają jeszcze niezwykle śmiałe stroje zaprojektowane przez kontrowersyjnego Arkadiusa. I choć, mam wrażenie, jego gwiazda lekko przygasła, a i cały medialny szum na jego temat okazał się być raczej bańką mydlaną niż prawdziwym wydarzeniem, w tym przypadku przed Arkadiusem chylę czoła. Stroje są absolutnie imponujące. Prześmiewcze, nietypowe, bijące po oczach kolorami i idealnie skomponowane z dekoracjami. Stroje grają w tym spektaklu rolę główną. Treliński, Kudlicka i Arkadius robią z Don Giovanniego widowisko. Sala pęka w szwach. To się zdarza w Operze narodowej niezwykle rzadko. Jak zwykle w przypadku Trelińskiego jest całe mnóstwo skojarzeń do sztuki współczesnej, …

Jeff Cascaro “Soul of a Singer”

Wytrawna Cuba Libre, piątkowy wieczór, po całym tygodniu ciężkiej pracy, licznych zmagań i dalekich podróży służbowych. Podróży zresztą zagranicznych, z których się przywozi muzykę. Muzykę, jakiej u nas kupić nie sposób. Tak więc wytrawna Cuba Libre, piątkowy wieczór, a w głośnikach Jeff Cascaro. Znany wąskiemu gronu słuchaczy Mistrza Marka niemiecki wokalista soulowo-jazzowy. „Soul of a Singer” to płyta Jeffa z 2006 roku. Idealnie nadaje się do słuchania z mocną dawką zarówno rumu jak i dynamic bassu. Wokal może nie jest idealny, często sprawia wrażenie lekko wymuszanego, może nie do końca miłego. Na pewno nie jest to rodzaj aksamitnego głosu, nie, to głos, w którym pobrzmiewa trochę ostrej brzytwy, ale tylko odrobinę. Jaff jest także trębaczem, jego brzmienie często więc przypomina brzmienie trąbki z tłumikiem. Jednak muzyka jest znakomita. Ponieważ Cascaro występuje na tej płycie zarówno jako autor tekstów jak i właśnie muzyki, całość jest idealnie zharmonizowana. Taki rodzaj spójności potrafią osiągnąć tylko ci muzycy, którzy tworzą kompleksowo. Znakomite wyczucie rytmu to jest element charakterystyczny tej płyty. Rytmy są tak genialne zresztą, że każdy o przyzwoitym …

W pogoni za szczęściem

Jest w tym filmie taki moment, kiedy tytułowy bohater wyjaśnia słowo „pursuit” (W oryginale tytuł filmu brzmi „The Pursuit of Happiness”) przetłumaczone w polskiej wersji jako „w pogoni”. Wyjaśnia, że bycie w drodze do celu wcale nie oznacza osiągnięcia celu, ani obietnicy osiągnięcia go. Ten film włączyłam po przeczytaniu kilku krótkich komentarzy, sądziłam, że będzie o osiągnięciu celu. Szczęśliwy, radosny obraz osoby, której się udało. Kino prawie familijne. Obraz, jakich w amerykańskim kinie mnóstwo. Ale ten film jest właśnie o drodze do szczęścia. Drodze wcale nie szczęśliwej. Opowiada historię ojca, który postanawia zostać brokerem, a jest tylko sprzedawcą dziwnych urządzeń, których nikt nie chce kupować. Żona przerażona pomysłem brokerowania i jednoczesnym brakiem na czynsz, odchodzi. Ojciec zostaje z synkiem. Potem jest coraz gorzej. Wyrzucają go z mieszkania, za które nie płacił czynszu, z motelu, za który nie także płacił, nocuje w noclegowni. Ale jest na stażu i walczy o to, by zostać brokerem. Cel jak każdy inny. Przeciwieństwa mnożące się. Im więcej ich jest, tym silniej chce osiągnąć cel. Im więcej ma zajęć i mniej …

Córka źle strzeżona

„Córka źle strzeżona” Ferdinanda Hérolda / Johna Lanchbery’ego w Teatrze Wielkim to balet dla początkujących. Nawet dla dzieci, a może szczególnie dla dzieci. Fabuła jest prosta, gesty oczywiste, historia śmieszna, miła i dobrze się kończy. Tańczą nawet kury i kogut. A matka grana przez tancerza jest tak przerysowana jak Magda M. Szymona Majewskiego. Świetne. Oczywiście laik baletu – taki jak ja – nie dokona tutaj oceny profesjonalistów. Powiem jednak, że pewne rzeczy są widoczne, nawet dla laika. Te rzeczy to dwie główne role – Lisa Izabeli Milewskiej i Colas Maksima Wojtiula. Są doskonali. Są tacy, jak być powinni. Ona jest lekka, zwiewna, delikatna i tak do bólu kobieca, że aż ma się ochotę wejść w jej skórę. On jest męski, wygimnastykowany, zwinny i robi ze swoim ciałem, co chce. On ma zresztą zakochaną w sobie spora część widowni. Głównie żeńskiej, ale nie tylko J Ona, podejrzewam, przyciąga drugą część. Są fantastycznie komplementarni, jak para idealna. Wyglądają razem tak, że naprawdę, kiedy podchodzi do niej jego rywal to … ma przeciw sobie całą publiczność. „Córka źle …

Małe dzieci

„Małe dzieci” to film mądry i nieamerykański. To pewnie dwa największe komplementy, jakie o jakimkolwiek filmie mogłabym powiedzieć. Todd Field nakręcił na podstawie powieści Toma Perrotta (współautora scenariusza) film, który trzeba przemyśleć, który skłania do chwili refleksji. Fabuła kręci się wokół postaci, doskonale narysowanych bohaterów granych przez Kate Winslet, Patricka Wilsona, Jennifer Connely i Gregga Edelmanna. Obraz miasteczka amerykańskiego, gdzie ona – prawie doktorat z literatury – wyszła za niego – onanizującego się podczas oglądania stron internetowych bogatego specjalisty ds. brandingu, nie mylić z reklamą. Jest nieszczęśliwa. Gubi się w swoim życiu. Mają małe dziecko. Druga para to ona, zimna autorka filmów dokumentalnych, i on, ciepły tatuś, trzeci raz zdający egzamin adwokacki, zafascynowany deskorolkami. Mają małe dziecko. Między tatusiem, a prawie panią doktor z literatury nawiązuje się romans. Bardziej niesamowity niż wszystko w ich życiu. Gorący, mocny, erotyczny, szalony. Realizują go, kiedy ich małe dzieci śpią podczas popołudniowej drzemki. Jest jeszcze postać ekshibicjonisty mieszkającego z mamusią i ex-policjanta, który pasjonuje się uprzykrzaniem życia ekshibicjoniście. Każda z tych postaci jest niejednoznaczna. I to jest największa wartość …

Klub hipochondryków

Będzie krótko i dobitnie. Obejrzałam „Klub hipochondryków” w Teatrze Syrena i odebrałam go jak chałturę trzech panów – Zamachowskiego, Malajkata i Polka. Bezsensowny spektakl. Tekst chyba niezbyt śmieszny, do tego stały zestaw min Piotra Polka, stały zestaw zachowań Wojciecha Malajkata i Zbigniew Zamachowski w roli geja. Czy granie geja jeszcze nas śmieszy? Nie. Śmieszyło, być może, 10 lat temu, kiedy było nowością. Jeśli w ogóle – oczywiście. Tekst nie był zbyt zabawny, ale i zagrany miernie. Malajkat rżał ze śmiechu z jakiegoś powodu przez połowę sztuki. Z tym, że to było śmieszne tylko dla niego. No cóż, panowie pokazali, jak z pewniaka zrobić klapę. Publiczność standardowo była zachwycona. Nie rozumiem. Klub hipochondryków, Teatr Syrena, Warszawa

Bistro de Paris

Wczoraj niezwykła podróż kulinarna do Bistro de Paris Michela Morana. Zupełnie niesamowite miejsce. Może nawet nie wystrojem, bo jednak w wystroju dość standardowe, ale kuchnią, obsługą, a przede wszystkim drobiazgami. Jakimi drobiazgami? Na przykład małymi ręczniczkami frotte do rąk w toalecie. Jednorazowymi. Żaden tam papier wysuszający skórę rąk, nie, po prostu małe frotowe ręczniki. Proste?

Król Roger

W Teatrze Wielkim nigdy jeszcze nie byłam, więc sam budynek zrobił na mnie wrażenie. Na scenie przedziwne widowisko. Trzeba przyznać, że po tylu latach nie chodzenia do opery, wybór „Króla Rogera” Szymanowskiego był lekkim samobójstwem. Można było przecież pójść na coś miłego dla ucha, melodyjnego, jakąś śliczną „Carmen” czy coś w tym stylu. No ale skoro debiutować po latach, to na całego. Szymanowski ma to do siebie, że nie da się go słuchać. Mam w końcu na swoim koncie średnią szkołę muzyczną, więc trochę klasyki się kiedyś nasłuchałam. Szymanowskiego nigdy nie mogłam za bardzo zdzierżyć. Był jakiś irytujący, denerwujący, jakby mało muzyczny – oczywiście w moim klasycznym rozumieniu muzyki. Nie przeczę, broń Boże, że jest geniuszem, mówię tylko, że ja go docenić nie umiem. Wczoraj zresztą w rozmowie z kolegą już po spektaklu, postawiłam taką tezę – ludzie zaczęli słuchać muzyki rozrywkowej, bo klasycznej od dłuższego czasu nie dało się już słuchać. W końcu Szymanowski to początek XX wieku, a brzmi jak najbardziej awangardowy kompozytor, o dzisiejszych Pendereckich czy Kilarach już nie wspomnę. Pomimo całego mojego …