Miesiąc: Luty 2008

Sakana Sushi Bar

Sakana to miejsce dla zaawansowanych wielbicieli sushi. No może nie wszyscy muszą koniecznie się na sushi znać, ale trzeba być przygotowanym na dialog z kucharzem. Bar jest skonstruowany w sposób trywialnie prosty. Przy barze siedzą ludzie, na barze pływają łódeczki z daniami na talerzykach w różnych kolorach (od kolorów zależą ceny). W środku baru dwaj kucharze – jeden robi sushi dla lewej części baru, drugi dla prawej. Nawiązują kontakt, wchodzą w dialog, pytają, co mogą podać.

Restauracja Castello

W niedzielny spokojny przed-oscarowy wieczór, postanowiliśmy odwiedzić miejsce polecane przez przewodniki, ponoć w niedziele właśnie oblegane – Restauracja Castello na Wilanowie. Wygląda ładnie, znajduje się w uroczej kamienicy, po zmroku oświetlonej małymi światełkami. W środku kilka salek, weranda i kominek, wszystko w drewnie, wiklinie i ciepłych kolorach. Wygląd bardzo zachęcający, klimat stworzony na dzień dobry. Całość dopełniają obrazki dzieci narysowane kredkami wiszące na ścianie – widać, że z dzieckiem też można tu przyjść i nikogo to nie zdziwi i nikomu przeszkadzać nie będzie.

Aż poleje się krew

Nie lubię polskich tłumaczeń. „Aż poleje się krew” to dla mnie nie to samo, co „There will be blood” podobnie jak ostatnie zdanie tego filmu „I’m finished” nie oznacza dokładnie tyle samo, co „Skończyłem”. „There will be blood” to film pokazowy Daniela Day-Lewisa. Główna rola męska jest zdecydowanie najmocniejszym akcentem tego dzieła. Day-Lewis nie od dziś jest wybitnym aktorem, żadne to więc zaskoczenie. Właściwie wszystkie jego kreacje to totalnie inne postaci. Gdyby nie był fizycznie do siebie podobny, byłby nierozpoznawalny. To jest aktor, który gra całością siebie, utożsamia się absolutnie z przedstawianą postacią. Całością, czyli gestami, mimiką, wyrazem twarzy, spojrzeniem, tonem głosu, sposobem mówienia, poruszania się … po prostu całością. Jest innym człowiekiem zależnie od tego, czy gra „Mojej lewej stopie”, „W imię ojca” czy w „Aż poleje się krew”. Poza rolą główną „There will be blood” to film nienajlepszy. Nakręcony z myślą o Oscarach, ale zbyt długi, zbyt widokowy, przesadzony. 158 minut filmu, podczas którego spogląda się na zegarek kilkakrotnie. Ileż można oglądać widoków tej amerykańskiej prerii? To, co dopełniało całość w „Tajemnicach Brokeback …

Marcin Wasilewski Trio „January”

Dlaczego Simple Accoustic Trio nazywa się teraz Marcin Wasilewski Trio? Tego nie wiem, być może na potrzeby wytwórni ECM, która lubuje się w nazwiskach nietypowych dla anglosaskiej kultury – skandynawskich, niemieckich, wygląda na to, że i polskich. W każdym razie nagrać płytę dla ECM to jest coś dla każdego muzyka jazzowego. „January” to piękna płyta. Płyta, którą Marek Niedźwiecki określiłby muzyką ciszy. Trójka znakomitych muzyków – Marcin Wasilewski (fortepian), Sławomir Kurkiewicz (kontrabas), Michał Miśkiewicz (perkusja) sobie gra. W tym związku każdy jest równorzędnym partnerem. Panowie znają się od lat. Pamiętam ich jeszcze z czasów warsztatów jazzowych, kiedy jako 17to-letni młodzi, ale już niezwykle utalentowani muzycy grywali na jam sessions … Nie chcę ich pamiętać z tamtych czasów. Wolę tę dojrzałą, piękną, wyciszoną muzykę z płyty „January”. Zakładam, że tamci ludzie to inni ludzie. Płyta jest pełna perełek. Trochę jak delikatny perełkowy wzór rosentalowskiej porcelany. Tę płytę „pociągnąć” – a zatem przybliżyć szerszemu gronu – miał pewnie utwór Prince’a „Diamonds and Pearls”. Wcale się nie dziwię, to jest muzyka, od której nie sposób się oderwać.  Dźwięki …

Kuźnia Smaku

Mam pewien problem z recenzowaniem miejsc kulinarnych, wszystkie porównuję do ideału. A ideałem jest Bistro de Paris. Zaczynam więc kolejną recenzję wiedząc już jak ją skończę – sformułowaniem, że jest dość dobrze, ale nie jest to Bistro de Paris. Mam więc problem, bo to oznacza monotonię recenzencką 😉 Mimo to jednak podejmuję wyzwanie i zaczynam.  

Jane Birkin w Teatrze Roma

O Jane Birkin nie wiedziałam nic. Puste frazy „aktorka i piosenkarka”, „partnerka Serge’a Gainsbourga”, wykonawczyni niezwykle erotycznego utworu. Jedyna piosenka, jaką znałam z jej twórczości to właśnie „Je t’aime… moi non plus" głównie składająca się z westchnień i tekstu o miłości, którego nie rozumiem. Dlatego poszłam na jej koncert właściwie tylko ciekawości. Kim właściwie jest ta kobieta, o której nic nie wiem? To, co zrobiła podczas tego koncertu, miało jakieś znamiona czarów. Zaczarowała salę. Swoją skromnością, swoją bezpretensjonalnością, pokorą, ale też kobiecością i ładnymi piosenkami. Zapewne z treścią, ale treści nie dla mnie. Niestety w języku, który jest mi obcy. To przedziwna mieszanka. Stoi na scenie chudziutka ponad sześćdziesięcioletnia kobieta, odziana w bojówki i wyblakły czarny top ze zbyt dużym dekoltem. Skromna do bólu. Ale kiedy się uśmiecha, bije od niej niezwykłe ciepło, niezwykły czar. A kiedy mówi, czy śpiewa, swoim delikatnym, często prawie dziecięco naiwnym głosem, wszyscy są pod wrażeniem. To nie jest jakaś wielka twórczość, ale ten koncert to dowód na to, że rzeczy proste są piękne. Jane Birkin po prostu zaśpiewała, trochę …