Miesiąc: Październik 2008

Bernard Maseli & Krzysztof Ścierański w Jazzowni Liberalnej

Najbardziej lubię Benka (bo jakoś tak jest, że jestem z nim na „Benek”, choć z Krzysztofem jestem na „Krzysztof” – nie, żebym kiedykolwiek z nimi rozmawiała, ale gdybym rozmawiała to tak bym do nich mówiła) kiedy stoi na scenie, z lekko przechyloną głową, z pięknymi smutnymi oczami, zazwyczaj zmęczonymi i patrzy – spod tej swojej zwykle za długiej (bo taki ma styl) grzywki – na publiczność, czasem się uśmiecha, ale to tylko w odwzajemnieniu uśmiechu. Patrzy głównie na kobiety – a penny for your thoughts my dear! Kiedy tak patrzy, ja mam ochotę zapomnieć o całym świecie i patrzeć na niego. W jego oczach można byłoby utonąć. Ale to miała być recenzja muzyczna przecież. Krzysztofa Ścierańskiego słyszałam ostatnio, kiedy miałam 17 lat. Pamiętam swoje wrażenia, przyspieszone bicie serca przez wiele godzin po koncercie, pobiegłam po autograf, coś mu opowiadałam zachwycona, uśmiechał się spod wąsa … Eh, to były czasy. Potem, jego zdjęcie wiele miesięcy wisiało nad moim łóżkiem. Zamieniłam go dopiero na Milesa. Mam nadzieję, że nie miałby nic przeciwko. Co się zmieniło od tego …

Kobiety (Women)

Miałam wrażenie, że to miał być hit. Miałam wrażenie, że był reklamowany przez ostatnio pół roku właśnie po to, żeby podsycać zaciekawienie i w końcu uderzyć w sedno. Miałam wrażenie, że będzie powtórka efektu z „Love Actually” czy chociaż „Deavil wears Prada”. Niestety. Nic z tego. Meg Ryan, Annette Bening, Eva Mendes, wszystkie one nie zatuszowały złego wrażenia. Bardzo lubię Meg Ryan, nie wierzę oczywiście w to, że jest jakąś szczególnie dobrą aktorką, ale po filmach z nią w roli głównej spodziewam się wprowadzenia mnie w dobry nastrój i niczego więcej. Niestety i tego zabrakło. W filmie nie ma ani jednego mężczyzny. Chyba nawet cała ekipa realizująca jest damska, a przynajmniej najważniejsze osoby – reżyserka, scenarzystki. Nie wiem, czy to jest argument sam w sobie i dla kogo? Moim zdaniem panie udowodniły, że sobie nie radzą. Nie chciałabym, żeby tak się kończyły przedsięwzięcia organizowane przez kobiety. Oczywiście, nie twierdzę, że gdyby brali w tym udział mężczyźni, byłoby lepiej. Nie, mogłoby być równie kiepsko. Jedyną uwagę przykuwa fakt, że Meg Ryan zmieniła typ odgrywanych ról – …

Fish @ Fusion w hotelu WestIn

Kiedy przychodzi do mnie zaproszenie na jakieś „specjalne wydarzenie” w restauracji, jakiś wieczór tematyczny, czy inny dedykowany brunch czy linner, jestem nieufna. Już kilka razy mi się zdarzyło „naciąć”, nawet mój ulubiony Rubikon potrafił mnie niemile zaskoczyć podczas któregoś ze swoich tematycznych wieczorów – dania były  nieprzyprawione i nieładnie udekorowane, a całość wydarzenia nakierowana raczej na zarabianie niż na autentyczne wydarzenie kulinarne.

Tajne przez poufne (Burn After Reading)

Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że Coenowie zrobili ten film mimochodem, jakby lewą rączką, jako przerywnik między „To nie jest kraj dla starych ludzi” i czymś nowym, ważnym i poważnym. Ale to jest właśnie ich styl. Mają przecież w filmografii zarówno „Fargo” jak i „Bracie, gdzie jesteś”. „Tajne przez poufne” to komedia bezsensów. Cała jest jednym wielkim bezsensem. Ale przy tym niezwykle zabawnym. Takim filmem, po którym teoretycznie można byłoby wyjść z kina i powiedzieć do siebie „no i co z tego”. Ale i tu Coenowie wyprzedzają myśli widzów i sami zadają to pytanie ustami jednego z bohaterów. No i w tej sytuacji widz zostaje bezradny 😉 Film nie ma większego sensu, nie skłania do większych wniosków, po prostu zmusza do śmiechu i tyle. Do tego jeszcze Brad Pitt występuje w roli totalnego głupka i po raz pierwszy chyba mam wrażenie, że ma do jakiejś roli naturalne predyspozycje. Proszę mi wybaczyć uszczypliwość, wyjątkowo nie lubię tego aktora. Dla uspokojenia dodam, że Georgie Clooney też na inteligenta w tym wszystkim nie wyszedł. Właściwie jest tylko jedna …

Elegia

Zastanawiam się, czy pamiętam, kiedy ostatnio płakałam w kinie. Nie, nie pamiętam. Kiedy ostatnio jakieś kino zmusiło mnie do myślenia na trochę dłużej niż 10 minut? Tego też nie pamiętam. Kiedy się utożsamiałam z postacią, tak bardzo, że chciałam krzyczeć na tę drugą postać, która – w moim przekonaniu – wszystko zniszczyła. Nie wiem, nie wiem, czy w ogóle kiedyś. A czy kiedykolwiek było tak, że towarzysząca mi osoba płci przeciwnej utożsamiała się z druga postacią? I każde z nas miało inne spojrzenie na całą sytuację. Do tego wszystkiego zmusiła mnie „Elegia”. Philipa Rotha uwielbiam. Zaczytywałam się „Kompleksem Portnoya”, uwielbiałam jego obrazoburczość, brutalność, dosadną seksualność. Robił na mnie ogromne wrażenie. Byłam nastolatką, kiedy to czytałam, ale towarzyszyły mi znacznie większe wypieki na policzkach niż przy innych książkach z tamtego okresu. „Konającego zwierzęcia”, na podstawie którego nakręcono „Elegię”, nie czytałam. Ale mam mocne przypuszczenie graniczące z pewnością, że nie mógł tego napisać tak, jak zostało to pokazane. I dlatego chylę czoła przed reżyserką – Isabel Coix. Myślę, że wydobyła kobiecy element bardzo męskiej prozy Rotha. Ale …