Miesiąc: Listopad 2008

Philip Roth „Konające zwierzę”

Może to był pierwszy raz, kiedy tak mocno płakałam czytając. To mógł być pierwszy raz. Roth napisał historię poruszającą we mnie jakieś wewnętrzne nuty, zupełnie mi nieznane do tej pory. To piękna książka. Porażająco prawdziwa i mądra. Zastanawiałam się czas temu, zaraz po obejrzeniu Elegii, jaki jest ten oryginał. Czułam podskórnie, że nie może być tak kobiecy jak film. I nie jest. Jest bardzo rothowski. Jest w nim mnóstwo seksu, seks bywa jedyną motywacją działań, ale jest w nim też mnóstwo przerażenia i strachu i to one są jednak głównym powodem zachowań bohatera. Oglądając film całkowicie identyfikowałam się z bohaterką. Czułam to, co ona czuje. W pierwszej części filmu, byłam wściekła na głównego bohatera tak samo, jak ona. Nie potrafiłam pojąć jego zachowania. Niby wiedziałam, o co chodzi, znałam przyczynę, rozumowo było to dla mnie jasne, ale emocjonalnie nie godziłam z takim postępowaniem. Chciałam na niego krzyczeć, chciałam go sprowokować do innego zachowania, po prostu chciałam happy endu. Nie wyobrażałam sobie, że ktoś może zrezygnować z miłości, bo się jej boi. Teraz poczułam i jego …

Restauracja Corleone

Kto właściwie powiedział, że może tu być tylko o warszawskich restauracjach? Czyżbym to była ja w opisie tego bloga pod tytułem? No cóż, w modzie jest przeczyć sobie. Ostatnio przebywałam w Krakowie i dane mi było zwiedzić włoską restaurację Corleone. O kulinarnym Krakowie nie wiem zbyt wiele, z tym większą radością podeszłam do dowiadywania się.

Restauracja Mela Verde

Konkurs na Knajpę Roku podobno rozstrzygnięty. Wygrały Ex aequo Espania To Tu i Nesebar. W Nesebarze jeszcze nie byłam, ale Espanię To Tu już zwiedzałam i jakoś nie przypominam sobie aż takich zachwytów. Opisywałam moje wrażenia na tym blogu. No cóż. Gusta są różne. Piszę o tym, bo całkiem niedawno pojawiłam się na Chmielnej, w budynku Cepelii, w jednej z nominowanych do Knajpy Roku restauracji Mela Verde. Włoskiej.

Arturo Sandoval w Palladium

Był środek tygodnia, dzień męczący, dużo stresu i mało spania, ogólne zmęczenie. Mid West Quartet jako cover band powitałam więc ziewaniem i zniechęceniem, pożegnałam podobnie. Mogliby przygrywać do kolacji, ale nie porywali na koncercie. Mocno się obawiałam, że nic mnie nie wyciągnie ze stanu lekkiej katatonii, w który wpadałam coraz bardziej z każdą upływającą minutą. Organizator kompletnie się kompromitował – a to nie numerując miejsc, choć numerował bilety, a to urządzając 20 minut przerwy po cover bandzie. Było coraz dziwniej i coraz bardziej chciało się spać, nie wierzyłam w szanse powodzenia tego wieczoru. I wtedy na scenę wyszedł Paweł Brodowski, żeby opowiedzieć o gwieździe wieczoru. A zaraz po nim wkroczyło combo Arturo Sandovala. Po drugim utworze nie pamiętałam już o jakimkolwiek zmęczeniu. Weszli w mocny rytm od razu. Rozbili wszystkie pozostałe w pamięci niezdecydowane i leniwe dźwięki poprzedniej ekipy. Wnieśli energię i radość i przekazali ją publiczności. Trąbka, saksofon, instrumenty klawiszowe, bas, perkusja i instrumenty perkusyjne – łącznie 6 osób. Z tym, że Arturo trzeba byłoby liczyć poczwórnie – gra na trąbce, fortepianie, syntezatorze, przeszkadzajkach …

Maguro Sushi

Maguro Sushi nie miało prostego zadania. Sushi barem numer 1 jest dla mnie Sakana na Moliera i trudno bardzo sprostać takiej konkurencji. Pisałam już kiedyś, że do Sakany warto przyjść będąc już lekko zaawansowanym w jedzeniu sushi. Można też się zdać na sugestie sushimana. W Maguro można być zaawansowanym i dostać ciekawsze kompozycje niż klasyczne nigiri czy maki, można też przyjść i zaczynać od podstaw.

Rodzina Savage (The Savages)

Czekałam na ten film od marca, od Oskarów, podczas których był jednym z wielkich przegranych. Czekałam na ten film, a kiedy wreszcie wszedł do kin, okazało się, że prawie go nie zauważyłam. W pierwszym tygodniu grały go jakieś dwa kina w Warszawie, w drugim – już tylko jedno. Zmobilizowałam więc wszystkie siły i środki i wybrałam się na seans o 21:45, choć wiedziałam (tym razem), że temat jest ciężki, a film pozytywnym myśleniem mnie nie natchnie. Dobrze, że poszłam. The Savages (będę się jednak trzymać oryginału, bo z rodziną trzy osoby o tym samym nazwisku naprawdę niewiele mają wspólnego) to kino niesamowite, głębokie, pełne, takie, jakie chcę oglądać. Wszystko jest w tym filmie na wysokim poziomie. Scenariusz to mocna historia dwójki dorosłych ludzi, których ojciec, choć nie zajmował się nimi i nie był dobrym ojcem, zaczyna chorować i paradoksalnie wymagać ich opieki i bycia dobrymi dziećmi. Aktorzy to genialny Philip Seymour Hoffman i równie genialna Laura Linney – nominowana zresztą za tę rolę do Oskara. Wybór miejsc – plastikowe domki w Arizonie, potem ohydne wnętrza …

Brumont Gros Manseng – Sauvignon 2007

Jak nie lubię i nie doceniam francuskich win, tak uległam pewnemu Panu w sklepie nieco innym niż u mnie w bloku (gdzie do tej pory kupowałam większość win). Uległam, choć na dzień dobry powiedziałam, że szukam Nowego Świata. Pan był skuteczny w przekonywaniu, obiecałam wrócić do niego z opinią. Zajrzyjcie przy okazji. Brumont Gros Manseng – Sauvignon 2007 to bardzo dobre wino i mało „francuskie” w moim rozumieniu tego atrybutu win. A moje rozumienie było do tej pory takie, że trudno znaleźć dobre, francuskie wino w cenie ok. 30 zł. Czyżbym znalazła? Sklep opisuje je jako: „Ciekawe połączenie rześkiej i kruchej Sauvignon Blanc z treściwym i tłustym Gros Manseng. Wyraźnie wytrawne i orzeźwiające, delikatna owocowość bez ostrych nut. Dobre jako aperitif, do sałatek oraz owoców morza.” Zdecydowanie mi odpowiada, zwłaszcza „tłustość Gros Manseng”. Może zresztą dlatego tak bardzo mi smakuje, bo nie znałam tego szczepu do tej pory. „Gros Manseng: Spotykany jest w Béarn. Jest głównym składnikiem wytrawnych win z Jurançon. Współtworzy wina białe z Irouléguy, Tursan, Béarn, Côtes de Saint-Mont, Pacherenc du Vic-Bilh i …

33 sceny z życia

Scen nie liczyłam. Być może było ich 33. Nie liczyłam, bo trudno się zbierałam. Wyprowadzona z równowagi emocjonalnej. Nie byłam przygotowana na ten film. I tu przestroga dla wszystkich, którzy zachęceni sukcesem filmu, szeroką promocją, a szczególnie zwiastunami, idą obejrzeć zabawne kino, czy w najlepszym przypadku tzw. „czarny humor”. Jest kilka momentów bardzo śmiesznych, to prawda, ale to jest jednak film o umieraniu. I jako taki, śmieszny nie jest w ogóle. Wręcz przeciwnie. To taki film, po którym lepiej się przejść, żeby ochłonąć. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie twierdzę, że to jest złe kino. Wręcz przeciwnie. To kino wyższych lotów. Bardzo mnie cieszy, że nakręciła to Polka. Równie dobrze mógłby być zrobiony gdziekolwiek w świecie, co dodaje mu wielkiej uniwersalności. Temat jest uniwersalny i ważny dla wszystkich – śmierć bliskich. I jakkolwiek jest on ważny, pokazywany na tysiąc sposobów, analizowany i przerabiany wszerz i poprzek, tak cały czas, bez względu na to jak dobrze o tym słyszeliśmy, kiedy przydarza się nam, nie wiemy jak się zachować. „Nic dwa razy się nie zdarza i nie …

Oberża „Pod czerwonym wieprzem”

Do Oberży wybraliśmy się zaraz po tym, kiedy okazało się, że nie możemy polecić cudzoziemcom żadnej „typowo polskiej” gospody. Takiej, która niekoniecznie jest restauracją, a bardziej knajpą. I to nie taką knajpą jak Knajpa Roku (plebiscyt Gazety), do której pretenduje bodajże najbardziej burżuazyjne miejsce w tym mieście – Likus Concept Store, tylko taką knajpą z piwem, smalcem i ogórkiem do kompletu. W przaśnym stylu.

Quantum of Solace

Filmy, na których biegają i strzelają, zazwyczaj ignoruję. Nie bawią mnie ani te z Brucem Willisem, ani z Nicolasem Cagem. Szkoda mi czasu. Wyjątek robię od kilku lat dla Bonda. W końcu to kilkadziesiąt lat tradycji i trudno z nią polemizować. Jestem wyznawcą Daniela Craiga. Po pierwsze dlatego, że daję kontrowersyjności pewną wartość samą w sobie. Po drugie dlatego, że jest blondynem. A po trzecie dlatego, że Pierce Brosnan z bójki, strzelania i trzech granatów wychodził z nienagannie równym kołnierzykiem koszuli, a Craig ma chociaż umorusaną twarz i wielkie plamy krwi na koszuli. To dodaje mu elementu ludzkości. Elementy ludzkości w ogóle są jego mocną stroną – jest zakochany, zdradzony, kieruje nim chęć zemsty. To jak nie Bond przecież. Bondowi nie przystoi. Bond powinien być wiecznie profesjonalny i nie okazywać żadnych uczuć, co najwyżej odrobinę zachwytu kobiecą urodą. Na szczęście nowy Bond (już drugi) jest inny. I niech tak zostanie. Temu filmowi mam do zarzucenia głównie to, że już w pierwszej scenie rozwala bezlitośnie dwie przepiękne Alfy Romeo, a przy mojej wielkiej pasji do tej …