Punkt widzenia, Rankingi
Skomentuj

Gastro rok 2016 w dziewięciu punktach

Skończył się właśnie rok 2016. Przyglądałam mu się bacznie. Dla warszawskich restauratorów to nie był rok łatwy. Rynek mocno weryfikował nietrafione pomysły czy niedopracowane koncepty. We wrześniu pisałam o fali zamknięć lokali, która przeszła przez miasto w zeszłym roku. Dla stołecznej Gazety Wyborczej, podsumowałam Rok 2016 w knajpach skupiając się na najważniejszych trendach i zmianach. Dziś dla Was w wersji szerszej, uzupełnionej.

Gastro rok 2016 – podsumowanie w dziewięciu punktach

  1. Rybne miejsca. To był rok miejsc rybnych – kilka nowych dobrych (i kilka słabych) adresów i to z całkowitym pominięciem sushi barów. Do tych lepszych zaliczę mój ulubiony Lokal na Rybę, oraz Ę Rybę czy Smażalnię Okoń.
  2. Polska kuchnia na topie. Zupełnie niespodziewanego nastąpił powrót do polskości. Bardzo tęskniłam za dobrą polską kuchnią. Od lat cenię Małą Polanę Smaków, czy Elixir w Domu Wódki, ale nagle, szczególnie w drugiej części roku pojawiło się kilka nowych ciekawych polskich miejsc – Inny Wymiar, Prodiż Warszawski, czy Bez Gwiazdek.
  3. Hybryda w kuchni. Zaczęła się moda na kuchnię hybrydową – Meksyk z Japonią (Om nom nom Sushito) czy Włochy z Chinami (Regina Bar). Ciekawe jak to się rozwinie, ale wygląda to na nowe oblicze Fusion.
  4. Pop upy. 2016 należał do pop-upów, czyli gotowania gościnnego o tymczasowym charakterze. Pierwszy Pop up Ferment zainaugurowali Krzysztof Rabek i Daniel Pawełek, a potem już poszło za ciosem. Czuję, że jeszcze sporo się w tej dziedzinie wydarzy.
  5. Nowe skupiska restauracji. Miniony rok przyniósł nam też nowe, dotąd nieznane, skupiska restauracji – Plac Europejski czy Hala Koszyki.
  6. Wszędzie koktajl bary. Niewątpliwie 2016 należał do koktajl barów. Kto by pomyślał, że jeszcze 2 lata temu nie było gdzie pójść w Warszawie na drinka? Teraz możemy przebierać do woli. Zwykle nie piszę o takich miejscach na Froblogu, co nie znaczy, że nie sprawdzam tej części warszawskiej gastronomii regularnie 🙂 Nowe świetne miejsca to m.in. Woda Ognista, The Roots, Steam Bar, z ciekawością wybiorę się też do Charliego. Oczywiście, nieustająco jasną gwiazdą tej grupy jest Kita Koguta. Jej wersji egzotycznej Kiti Bar jeszcze nie udało mi się sprawdzić, ale już niedługo. Bardzo ciekawie w temacie koktajlowym radzi sobie też Zorza. Z przyjemnością poprzyglądam się tej scenie w nowym roku.
  7. Pożegnania. Pod koniec roku jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja o dwóch odejściach. Justyna Słupska – Kartaczowska pożegnała się z wrocławskim Acquario, które – jak być może pamiętają stali czytelnicy mojego bloga – uznałam za jedną z najlepszych restauracji w Polsce. Justynę przyjdzie mi odwiedzić (mam nadzieję wkrótce) w jej nowej restauracji JaDka. Rusza od lutego. O wiele większą niewiadomą jest los drugiej szefowej kuchni. W grudniu z Opasłego Tomu po kilkunastu latach współpracy z restauracjami rodziny Kręglickich odeszła Agata Wojda. To absolutna sensacja, od lat trzymałam kciuki za Agatę, by znalazła większą i bardziej spektakularną scenę dla swoich kulinarnych talentów. Mam szczerą nadzieję, że właśnie ten rok przyniesie jej taką możliwości. Agatę znam prywatnie, wiem, że przerwa jeszcze trochę potrwa. Wszystkim stęsknionych jej kuchni obiecuję poinformować o nowym miejscu, jak tylko tę informację będę miała.
  8. Bistronomia vs. Fine dining 1:0. Dotarła i do nas moda na bistronomię. W zeszłym roku nie powstało ani jedno fine diningowe miejsce w Warszawie. Wiadomo też, że praktycznie nie ma kto go otworzyć. Tego typu miejsca opierają się bowiem na kuchni autorskiej, a co za tym idzie na szefie kuchni z tzw. najwyższej półki. Wszystkie nazwiska w tej grupie są już obsadzone. No może z wyjątkiem Krzysztofa Rabka, ale i on po swoim Fermencie wydaje się zmierzać w stronę bistro. Bistronomia ma wielką szansę rozsiąść się u nas na dłużej, czemu serdecznie kibicuję.
  9. Kuchnia na własnych warunkach. To ciekawe zjawisko, które zaczęło się w tym roku. Miejsca autorskie, gdzie szefowie kuchni oferują klientom tyle, ile uważają, że mogą. Nie zabijają się od rana do nocy przez siedem dni w tygodniu. Otwierają popołudniem, wieczorem, kilka dni w tygodniu i wtedy gwarantują najwyższą jakość. Lokal na Rybę, Sato Gotuje, czy Bez Gwiazdek – to pierwsze jaskółki. Życzę całej gastronomii, by ten trend się rozpowszechnił. Kombinatów serwujących wszystko non stop naprawdę nie potrzebujemy.

Tyle punktów. Poza tym, 2016 był bardzo smacznym, dziewiątym rokiem istnienia Frobloga. Jak wiecie, ponownie uznałam Nolitę za najlepszą restaurację w Warszawie. O Miejscu Roku 2016 Frobloga będzie osobny wpis, więc na razie pominę go milczeniem 🙂 (Miejsce roku to lokal, w którym bywałam najczęściej, dlatego fine dining zwykle w tej kategorii nie wygrywa.) Udało mi się w poprzednim roku poodwiedzać niesamowite miejsca z El Celler de can Roca na czele (wtedy jeszcze najlepszą restauracją na świecie).

Mam też nadzieję, że 2017 będzie choć po części tak smakowity. Co nas zaskoczy? Przyglądam się z nadzieją ekipie Munchies, powinni w tym roku wrócić z czymś nowym. Plotkuje się o drugim miejscu właścicieli nieustająco przepysznego AleWino, może to już w tym roku? Czekam na ruch Krzysztofa Rabka i Agaty Wojdy. Interesuje mnie, czy Genesis – nowy projekt właścicieli Senses i Plato – będzie raczej hitem czy kitem? A może Daniel Pawełek & ekipa nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i będą nowe lokale? Jak tak sobie o tym wszystkim myślę, wydaje mi się, że zmierzamy w bardzo dobrą stronę, czego nam wszystkim życzę. Do Siego Roku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *