List otwarty do Aleksandra Barona

Mouth to nose Szczeżuja

Panie Aleksandrze, piszę do Pana po kolacji Mouth to nose, która odbyła się w nowym studio kulinarnym Smolna 8 w sobotę 4. lipca tego roku. Piszę, bo chcę Panu przekazać coś, co wydaje mi się ważne. Mam też wrażenie, że nie przekaże Panu tego nikt z branży, nikt ze znajomych, choć być może będą mówili o tym po cichu, głośno Panu tego nie powiedzą. Moja pozycja osoby kompletnie niezależnej, nie zarabiającej na kulinariach i nie powiązanej z tą branżą w żaden sposób, pozwala mi na zwrócenie się do Pana w tak otwartej formie. Mój jedyny związek z kulinariami ma miejsce przez częste wizyty w różnych restauracjach.

Nie jest celem moim Pana urazić, czepiać się, czy robić przytyki. W żadnym wypadku. Chcę zwrócić Pana uwagę na ważny moim zdaniem fakt. Pan gotuje coraz dziwniej, a nie coraz smaczniej. I Panu to się stało jakoś na przestrzeni ostatniego roku. Jeszcze poprzednie swoje urodziny spędzałam przy Pana znakomitych daniach serwowanych podczas Warszawskiego Salonu Smaku, a to był zaledwie marzec 2014. Pan zmierza w stronę, która być może jest interesująca i ciekawa, ale obawiam się, że głównie dla Pana.

Smolna 8 Aleksander i Marta

Aleksander Baron i Marta Siembab

Kolacja Mouth to Nose miała być dla mnie niezwykłym doświadczeniem. 5 dań 5 win i 5 zapachów. Jakaż to piękna idea i jaki cudowny sposób na sobotni wieczór. Do tego ten widok ze studia kulinarnego przy Smolnej 8. Wszystkie zmysły wyczulone. Smak, węch, wzrok, dotyk też, bo – jak się okazuje – mamy jeść rękami. Piękny letni wieczór, towarzystwo kulinarnych zapaleńców, upojenie atmosferą…

Smolna 8 Widok

Smolna 8: Widok

Już przy pierwszym daniu – Szczeżuja na piasku z tatarakiem – zaczęłam się obawiać. Mówił Pan, że brata wysłał nad Liwiec, by szczeżuje znalazł. Zaniepokoiliśmy się, ile Pan ma jeszcze członków rodziny i dokąd oraz po co ich Pan wysłał. No właśnie: po co? Szczeżuję jadłam już, kiedy panowie z Food Think Tank zawieźli mnie na środek pola do zbudowanej przez siebie jednodniowej restauracji, gdzie wszyscy przekraczaliśmy nasze strefy komfortu, uczyliśmy się swoich reakcji – taki był cel. Byłam na to przygotowana. Oni eksperymentowali, ja miałam przekazywać komunikat zwrotny. Przekazałam. O ile takie rzeczy wpisane są w ideę think tanku, nacelowaną na eksperyment i zapisywanie jego wyników, a następnie dzielenie się nimi, o tyle zupełnie nie nadają się na taką kolację jak sobotnia. Szczeżuja nie ma zbyt wiele smaku, jest gumowa i naprawdę biedna z niej kuzynka wielkich małży wód dalekich od Polski. W sobotę Pan eksperymentował na nas, ani nas o tym nie uprzedzając, ani szczególnie do tego nie przygotowując. Nie przyszłam na tę kolację, by eksperymentować, przyszłam się delektować. O zupełnie inne doznania mi chodziło, mam zresztą wrażenie, że nie jestem w tej opinii osamotniona, choć innym zostawię podpisywanie się pod nią.

Mouth to nose Szczeżuja

Mouth to nose: Szczeżuja na piasku z tatarakiem

Swój moment histeryczny miałam przy larwie trutnia. I wtedy po raz pierwszy przyszło mi przez głowę, by ostentacyjnie wyjść trzaskając drzwiami i krzycząc: Nie chcę tak jeść! Insektów nie znoszę, brzydzę się, odgradzam moskitierą, niestety panikuję, choć – jako człowiek na co dzień powściągliwy i zrównoważony – bardzo tego nie lubię. Nie położył Pan mi insekta na talerzu, żebym mogła go spokojnie odsunąć i godnie odmówić. Na dłoni – bo dłońmi mieliśmy jeść – na plastrze miodu ułożył pan mi larwę trutnia. Może przez moment i we mnie obudził się eksperymentator, choć moje granice odnośnie insektów wydawały mi się wcześniej zdefiniowane, może brakło mi asertywności, by odmówić, a może nie chciałam robić scen i dlatego pozwoliłam sobie tę larwę na dłoni położyć. Scenę zrobiłam chwilę później, kiedy larwa lekko się osunęła sprawiając wrażenie żywej. Tak, wpadłam w stan histeryczny, tak w sobotni wieczór, w gronie przyjaciół i znajomych, na kolacji, za którą sama zapłaciłam i która miała być pięknym przeżyciem. Pan mi to zrobił. Na jednym z blogów czytam dziś, że to danie na długo zostanie w pamięci autorki. Proszę mi wierzyć, że w mojej też, ale nie w tych rejestrach, w których chciałabym chować doznania kulinarne.

Mouth to nose Larwa trutnia na plastrze miodu

Mouth to nose: Larwa trutnia na plastrze miodu

Nie obrzydzał mnie Flak wołowy z pięcioma smakami, choć teksturę miał dość nieznośną. Były tu dobre momenty – smak słodki z foie gras, czy umami z borowikami. W całości było atrakcyjnie, bo to danie pięknie się prezentowało, ale ponownie jednak raczej dziwnie niż smacznie. Smaczny był Dzik balsamowany w miodzie i soli i to mięso chciałabym jeść, choć już niekoniecznie poprzetykane korzeniami mięty. Beza z chrobotkiem reniferowym byłaby pewnie przyjemnym dodatkiem do czegoś, tymczasem sama stanowiła dość smutny i mało pasjonujący deser.

Mouth to nose Flak wołowy

Mouth to nose: Flak wołowy z pięcioma smakami

Z Mouth to nose wyszłam głodna. Poszliśmy potem na kolację. Być może powinnam zapomnieć o tym wydarzeniu, uznać, że Pan się gdzieś unosi, odlatuje w krainę dziwności i kontrowersji. Każdemu wolno iść swoją drogą. Postanowiłam jednak spróbować to Panu przekazać, bo może Pan tego nie widzi. Czasem po prostu brakuje nam spojrzenia z dystansu na siebie samych. Zależy mi też na tym, żeby Pan smacznie gotował. Jest Pan niezwykle utalentowany i strasznie mi szkoda, że zmierza Pan w stronę, gdzie ja z Pana talentu korzystać niestety nie będę chciała.

Mouth to nose Balsamowany dzik

Mouth to nose: Dzik balsamowany w miodzie i soli

Zapewne Pan uzna, że gotuje nie dla mnie, bo reprezentuję konserwatywne i przestarzałe myślenie, że w jedzeniu chodzi o smak. Być może tak jest. Proszę jednak wziąć pod uwagę, że ja jem w różnych restauracjach kilka razy w tygodniu, znacznie częściej niż znakomita większość osób, które czytają moje teksty. Jadam też poza Polską, nie jest mi obca idea turystyki kulinarnej. Nie lubię nudy w jedzeniu, rozumiem ideę eksperymentu i nie uciekam od niej w sytuacji, kiedy jest ona na miejscu. Jeżeli nie gotuje Pan dla mnie, to dla kogo Pan gotuje?

Mouth to nose Beza z chrobotkiem reniferowym

Mouth to nose: Beza z chrobotkiem reniferowym

I teraz tylko boję się jednego. Boję się, że kiedy to napisałam, tak żywiołowo i emocjonalnie, jak tylko zdolna jestem ubrać w słowa swoje emocje, Pan uzna, że o to właśnie chodziło. Dojdzie Pan do wniosku, że taka jest rola prowokatorów, pionierów, że chciał Pan poruszyć gości. Przypnie Pan sobie odznakę odkrywcy, palmę pierwszeństwa chwyci w dłonie i wyśle całą rodzinę szukać niejadalnych stworów. Proszę, niech Pan tego nie robi. Niech Pan się zatrzyma na moment, uziemi i posłucha: Nie chcę tak jeść. Czytelnikom mojego bloga dam szansę się wypowiedzieć, czy mają podobne odczucia.

Z bezradnością i obawą przed kulinarną przyszłością pozostaję w szacunku,

Joanna Mróz
Autorka Frobloga

PS. Dla wszystkich, których tam nie było. Kolacja Mouth to Nose odbyła się w Studio Kulinarnym Smolna 8. Za zapachy odpowiadała Marta Siembab z Senseliera i – nie licząc widoku – były one najmocniejszym punktem tego wieczoru. Wina – równie dziwne jak jedzenie – dobrał Michał Więckowicz.

23 komentarzy to “List otwarty do Aleksandra Barona”

  1. Wiesław Karpusiewicz pisze:

    Tylko tyle: fuj! Autor tego menu zapewne będzie ewoluował. Wobec tego w następnym wydaniu proponuję podanie kalosza z polipropylenu w sosie miętowym. I obowiązkową nagrodę dla dzielnych “spożywców”

    wk

  2. ja pisze:

    Brawo i gratuluję bezkompromisowości. To świadczy, Asiu, o sile Twojego… bloga? To nie jest dobre słowo. O Twojej sile :)

  3. Gosia pisze:

    Też byłam na tej kolacji i ja wyszłam zachwycona.
    Właśnie tego spodziewałam się idąc tam gdzie gotuje Baron i nie zawiodłam się. Chciałam spróbować tych “dziwactw” nie zaś dań, które można zjeść w każdej innej restauracji…
    Dodatkowo atmosfera stworzona przez Martę Siembab i wina dobrane przez Michała Więckowicza sprawiły, że ten wieczór był rewelacyjny, a mój chłopak stwierdził, iż to najlepszy prezent urodzinowy jaki dostał (tak, byliśmy tam ze względu na specjalną okazję – nie chodzimy codziennie do restauracji tak jak Pani – może z tego wynika mój zachwyt :D).
    Uważam, że właśnie tą drogą powinien podążać Baron, a że Pani nie chce tak jeść, niech Pani swoimi słowami nie odbiera tego innym, którym to się podoba…

    I tak jeszcze do przemyślenia dla Pani – jestem pierwszy raz na Pani blogu, i powiem Pani, bo pewnie nikt z branży, nikt ze znajomych, choć być może będą mówili o tym po cichu, głośno Pani tego nie powie, nie podoba mi się Pani wpis. Nie chodzi o różnice w odbiorze kolacji, ale jak czytam Pani komentarz to wydaje mi się Pani strasznie zadufaną w sobie osobą… po co te przytyki do rodziny Barona, po co te komentarze o Pani fobiach wobec robaków, czy ludzie czytają tego bloga, żeby słuchać o Pani problemach?! Zakończę ten wpis cytatem: “Czasem po prostu brakuje nam spojrzenia z dystansu na siebie samych”…

    • Kasia pisze:

      Proszę przeczytać inne recenzje Autorki – to jeden z – chyba – nielicznych wpisów w których jest taka krytyka

  4. ja pisze:

    > Chciałam spróbować tych “dziwactw” nie zaś dań, które można zjeść w każdej innej restauracji…

    A to po co do restauracji, trutnie znajdą się pewnie na nasypie, obok szczawiu i mirabelek…

    A Asia napisała:
    > Boję się, że kiedy to napisałam, tak żywiołowo i emocjonalnie, jak tylko zdolna jestem ubrać w słowa swoje emocje, Pan uzna, że o to właśnie chodziło. Dojdzie Pan do wniosku, że taka jest rola prowokatorów, pionierów, że chciał Pan poruszyć gości. Przypnie Pan sobie odznakę odkrywcy, palmę pierwszeństwa chwyci w dłonie i wyśle całą rodzinę szukać niejadalnych stworów

    I tak się stało, sądząc po odpowiedzi Aleksandra.

  5. Patux pisze:

    I za to 180 zl? Te ochlapy nie sa wate tych pieniedzy. Sa piekne, egzotyczne, niecodzienne, nietuzinkowe, nowatorskie i sretetete. Ale za 2 banieczki, to ja sobie uzbieram larw za darmo, beze upieke sama, nawet mieso dzika kupie na kolacje we dwoje i sama je przyrzadze. Masakra. Czemu ludzie tyle placa za przyjemnosci, krore nie daja im przyjemnosci, i ktore moga zrobic sami dla przyjemnosci?

  6. Dorota M pisze:

    Brawo, zastanawiałam się od pewnego czasu, kto pierwszy odważy się powiedzieć (nie tylko wobec Aleksandra) “Król jest nagi”.

  7. Andrzej pisze:

    ten Baron to przedstawiciel kuchni… nie wiem jak ją nazwać, chyba… “lewicowej” , tzn postępowej, nakazującej: gotuj całkowicie inaczej niż normalny człowiek gotuje i całkowicie inaczej niż normalnemu człowiekowi smakuje. Kuchnia taka odnosi sukces wśród ludzi, którzy są w stanie wmówić sobie i uwierzą, że jest smaczna. Jej sukces bazuje też w dużej mierze na snobizmie, kompleksach. Taki sam warunek sukcesu jak dla ideologii lewackich, które w zamożnych społecznościach odnoszą sukces, gdy ludzie z nudów i przesytu materialnego zapragną robić wszytko inaczej niż podpowiada im natura, taki swoisty bunt, kontrkultura. Jak widać nawet kuchnia może być ideologiczna – tutaj utopijnie lewacka. Piramidalny hochsztapler…

    • też Andrzej pisze:

      Nie jestem pewien czy pan Baron “zasługuje” na nazywanie go hochsztaplerem i to jeszcze piramidalnym, natomiast to, że ty wypisujesz piramidalne właśnie kretyństwa jest oczywiste. “Lewacka” kuchnia, matko…

      • mateusz pisze:

        teraz “lewackie” jest wszystko, co danemu pochłaniaczowi kwejka i demotywatora z obrazkami podstarzałego meżczyzny w muszce, się nie spodoba albo wg niego jest “gupie” spotkałem się już w internecie, z opinią górnika, dla którego rządy które odbierają przywileje socjalne są “lewackie”… więc już nic mnie nie zaskoczy. Nie wiem tylko, co przygłup tego rodzaju robi w takim miejscu jak ten blog.

        a Pani autorka? nie chciałbym z nią jeść żadnej kolacji. Egzaltowana panienka, która akurat tego dnia wstała lewą stopą i nie miała ochoty na eksperymenty a winny temu jest kucharz i cały świat… a nóżką tupała?

  8. […] na Facebooku szaleje odpowiedź Aleksandra Barona na wpis Froblog. W skrócie: Froblog poszła na wieczór spożywczo-zapachowy, nie podobało się jej, więc […]

  9. 4i4 pisze:

    Baron ładnie argumentuje i widać, że jego pomysły na dania są przemyślane, ale kiedy odetnie się tę ideologię zostają tylko niesmaczne (i obowiązkowo małe) potrawy ze składników balansujących na granicy jadalności.

  10. Mikolaj pisze:

    Szczeżuje są chronione.

    Art. 181 KK

    § 2. Kto, wbrew przepisom obowiązującym na terenie objętym ochroną, niszczy albo uszkadza rośliny lub zwierzęta powodując istotną szkodę, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
    § 3. Karze określonej w § 2 podlega także ten, kto niezależnie od miejsca czynu niszczy albo uszkadza rośliny lub zwierzęta pozostające pod ochroną gatunkową powodując istotną szkodę.

    Proszę traktować to jako zawiadomienie do prokuratury.

  11. negate pisze:

    Badanie rynku: ile warszawka zapłaci by zjeść suszoną w pełnym słońcu na zielonej trawie kupę psa (mojego, rasa King Charles spaniel)? Powiedzmy, że psi frykas będzie kładziony na tejże trawie (świeżo rwanej, niemytej), wiernym klasycznym smakom dorzucimy ze 3 pieczarki do popchnięcia.

    Pies na drogich karmach suchych i dokarmiany przegryzkami zwierzęcymi (żwacze, jelita, uszy, itp), wiec klocki są duże, zdrowe, kształtne i twarde.

    Licytację zaczynamy od 500 zł.

  12. ble ble ble pisze:

  13. […] – nie chcę wyrobić sobie zdania, zanim do restauracji nie trafię osobiście – z zaciekawieniem przeczytałem list otwarty autorki bloga Froblog, skierowany do szefa kuchni Solec 44, Aleksandra Barona. Dotyczył on kolacji podanej w ramach […]

  14. […] pojawiły się pierwsze recenzje kolacji, niektóre pozytywnie natchnione, a między nimi mocno krytyczny list otwarty do Aleksandra Barona, w którym czytamy, że zamiast gotować coraz smaczniej, gotuje on coraz dziwniej. Odpowiedź […]

    • Arine pisze:

      “Autorce listu otwartego zarzucano niezrozumienie idei. Wieszczono zamach na rozwój nowoczesnego polskiego restauratorstwa i argumentowano, że jedzenie nie musi służyć do jedzenia, ba, nie musi być nawet smaczne”-
      Na przystawkę ;reprodukcja „Kobiety z Algieru” na miętowym opłatku, serwowanym na dnie gustownego naczynia stylizowanego na emaliowane wiaderko.Danie główne “Pomarańczowe, czerwone, żółte” autorstwa Rothko,
      malowane na ramieniu. Dla koneserów tatuaż. Deser serwuje Negate. Dobór win, miejsce, zapachy – pewne osoby są w tym mistrzami!
      PS Gdyby to był performance, to bym zrozumiała, na ulicy, z zaskoczenia… ale gdybym zapłaciła za kolację 180 zł…co mi się nigdy nie zdarzyło ( nie byłaś sama, rozumiem, nie wypada rzucać jedzeniem o szybę ) to bym zrobiła dokładnie to, co Ty, bo co zostaje?;) Pozdrawiam!

Skomentuj