Międzynarodowa, Nowe miejsce, Restauracje, Saska Kępa
komentarzy 11

The Bell

The Bell Śledź

Ocena: 13/20

Czy wrócę? NIE

Projektantka mody Monica Nera i Gilbert Luksemburczyk otworzyli eatery na Saskiej Kępie. Gotuje zwycięzca Hell’s Kitchen. Miejsce nazwali The Bell, bo doradzał im Włoch, który twierdzi, że dzwon (ek) kojarzy się ludziom z zapraszaniem do wspólnego biesiadowania…

The Bell: Ogólne wrażenie

Czego ja się właściwie czepiam? No to po kolei. Gilbert Luksemburczyk – czyż to nie brzmi jak jakiś król czy książę? Dlaczego projektantka mody otwiera restauracje? I co może wiedzieć na ten temat? Przepraszam, nie restaurację, tylko eatery. Inspirowane Nowym Jorkiem. Zatrudnia więc Włocha na doradcę. Również w kwestii nazwy, stąd mamy The Bell – takie słowo wybitnie kojarzące się z jedzeniem. Mnie wprawdzie trochę z Hemingway’em, ale Włochowi z jedzeniem. Do tego mamy jeszcze pierwszego polskiego zwycięzcę Hell’s Kitchen.

To w części „pierwsze wrażenie”, a teraz chwilę o wnętrzu. Lokal po Passe Partout jest jednym z ładniejszych lokali w mieście. Ma przepiękny ogród, latem więc ten ogród będzie pełny ludzi. Wnętrzem zajęła się architektka Kinga Mostowik. Jest tu ładnie. Mamy wygodne sofy w ciepłych kolorach, krzesła w zieleniach i granatach, piękne przetarte, wyglądające na stare, lustro. Jest wysoki stół na wejściu, który zabiera lokalowi sporo przestrzeni, a stoją na nim głownie kwiaty. Wygląda to ładnie, czy jednak jest funkcjonalne? Wątpię. To jednak bardziej problem restauracji niż mój. Gościom z pewnością będzie się tu miło spędzało czas.

Karta win obejmuje wina musujące (6 pozycji, 3 na kieliszki), białe (12 pozycji, 3 na kieliszki), czerwone (12 pozycji, 3 na kieliszki) i dwa wina słodkie dostępne na kieliszki. Wina w przewadze pochodzą z Francji, Włoch i Nowego Świata, jest trochę Półwyspu Iberyjskiego, trzy pozycje z Niemiec i Austrii i jedno wino ze Słowenii.

The Bell

The Bell: Wnętrze

The Bell: Obsługa

I tu mam pewien problem. Obsługującego mnie pana kelnera znam bowiem dobrze z Nolity. Na dzień dobry więc słyszę: „Zastanawiałem się, kiedy Pani do nas przyjdzie. Kolega już czeka.” Obsługa w tym lokalu wie, z kim jadam na mieście, czyta mojego bloga, zna moje zwyczaje. No co tu dużo mówić, taka obsługa z jednej strony lekko mnie przeraża, bo za dużo o mnie wie. Z drugiej jednak strony jest to obsługa idealna. Podam przykład. Znęcałam się ostatnio nad kelnerami, którzy dolewają mi wino tak szybko, że przy drugiej przystawce już skończyłam butelkę. Ale ktoś, kto to przeczytał (i obsługuje mnie nie pierwszy raz) już wie, że prawdopodobnie jedna butelka wina powinna mi starczyć na cały wieczór i nie trzeba się spieszyć. To w kwestii dopasowania do mojej osoby.

Poza tym, naprawdę wiedzą wszystko o daniach, opowiadają ze szczegółami. Są przy tym mili, kulturalni, bardzo eleganccy. To jest obsługa, która ma absolutnie fine diningowy sznyt. Natomiast lekko się tu rozluźnili, żeby dopasować do miejsca bez białych obrusów. Muszę powiedzieć, że jakkolwiek mnie w tym eatery prawie wszystko drażni, to na tę obsługę złego słowa nie powiem, bo nie mogę.

The Bell: Pieczywo

The Bell: Pieczywo

The Bell Amuse Bouche

The Bell Amuse Bouche

The Bell: Jedzenie

Karta jest krótka i jednostronna. Podczas pierwszej mojej wizyty obejmowała pięć przystawek, trzy dania główne i dwa desery. W trakcie drugiej wizyty lista przystawek była porównywalna, dań głównych było cztery i piąte spoza karty, trzy desery. Ceny przystawek 24-34zł, dań głównych 38-79zł, deserów 22zł.

Przyszłam z tezą. Przyznaję. Chodzę z tezą do wielu miejsc. Teza jest po to, żeby ją obalić lub obronić. To taka hipoteza. Teza brzmiała – wszystko tu będzie złe. Nie jest bowiem dla mnie żadną rekomendacją fakt, że ktoś wygrał Hell’s Kitchen! Na Boga ludzie! (tu zwracam się do właścicieli) Kogo Wy chcecie tą wiadomością przyciągnąć? Wasza grupa docelowa jest kompletnie inna niż grupa docelowa Hell’s Kitchen.

Pierwsze danie Łukasza Kawallera moją tezę niestety potwierdzało. Dostałam Śledzia z kwaśną śmietaną, żurawiną i koprem (26zł), w którym wyczuwałam głównie kwasowość. Śledź na dodatek był atlantycki, a co jest nie tak z polskimi śledziami? Widziałam natomiast dużo bryłek śmietany zanurzonej w azocie (a wiadomo, że to „kocham”). Przy drugiej wizycie ten sam śledź dostał jeszcze pretensjonalne złoto jadalne na wzór śledzia XXI wieku Amaro. Inspiracji (nazwijmy to delikatnie w ten sposób) kuchnią Amaro było więcej.

Ale Kopytka z rakami i porem (34zł) bardzo mnie zdziwiły. Elementy dania to kopytka zasmażane, szyjki rakowe w panko, smażone płatki pora, chrust z pora, smażony koperek, bisque rakowe z pomarańczą i Grand Marnier, śmietana o olejem koperkowym. Trochę dużo, ale przede wszystkim uderzyło mnie to, że całość absolutnie genialnie smakowała. I wszystko było w tym daniu dobre – i chrupkość i miękkość, i raki dało się wyczuć, a pięknie podkreślono ich smak sosem na bazie bisque rakowego. Atrakcyjnie to wyglądało i nie było tu bzdur z ciekłego azotu ani innych pudrów i piasków.  Najpierw pomyślałam, że to wypadek przy pracy, ale potem już wiedziałam, że bardzo smacznych i udanych dań jest tu o wiele więcej.

Podczas tej pierwszej wizyty, dania główne Kaczka z lawendą, serem i jeżyną (54zł) oraz Dzik z jarmużem, salsefią i grzybami (64zł) nie uwodziły. Były dymy, bo – jak twierdzi obsługa – „to się sprzedaje”. Ale przede wszystkim elementów było mnóstwo, co bardziej tworzyło chaos niż budowało jakieś wieloelementowe kompozycje.

Przy drugiej wizycie, już prawie wszystko było bardzo dobre. Wrażenie absolutne zrobiła na mnie Zupa cebulowa z estragonem i serem szafir (24zł). Były tu dopracowane, pełne, intensywne smaki. Były znakomicie użyte liście estragonu. Były wreszcie chrupkie (pomimo tego, że w zupie!!!) grzanki z serem i świetna, intensyfikująca główny smak konfitura cebulowa. I choć zupa cebulowa jest absolutnym standardem i klasykiem, to jednak jeśli klasyk, to na takim poziomie właśnie!

I również przy drugiej wizycie zjadłam tu znakomite danie główne, spoza karty. Gołąb z risotto z orzeszków piniowych z cykorią sous vide, pomarańczą, Grand Marnier i popcornem z prosa. Po pierwsze sam gołąb to świetny temat, bardzo rzadko pojawia się w polskich restauracjach. Dla odmiany np. w Paryżu gołębia można zjeść w co drugim neo bistro. Gołąb ma bardzo ciekawe, czerwone mięso. Chrupkie risotto z orzeszków piniowych to świetny pomysł, dodatkowa chrupkość popcornu z prosa dobrze się tu komponuje. A do tego mamy jeszcze intensywne smaki sosów z pomarańczą. Bardzo dobre danie.

Bardzo ciekawie – od pierwszej wizyty – było też w deserach. Wprawdzie Ciastko czekoladowe z czekoladowym ganache (22zł) i sosem karmelowym posypane było mrożoną w azocie bitą śmietaną z borowikami, a obok były jeszcze lody sezamowe ze słonecznikiem w kakao i gałęzie czekoladowe. Ale smaki były spójne. Millefeuille z pestkami dyni i jabłkiem (22zł) to ciasto francuskie przełożone prażonymi jabłkami z kremem patissier oraz karmelizowanymi pestkami dyni, całość posypana kawą żołędziową. Przyjemna wariacja nt. klasyku z bardzo ciekawymi pestkami dyni i posypką kawy. No i ostatni deser, absolutny comfort food, mój osobisty faworyt Zabaglione z rodzynkami i miętą (22zł). Żeby nie było tak łatwo, mięta z azotu, a rodzynki z syfonu. Ale w niczym mi one nie przeszkadzały -całość pyszna.

Łukasz Kawaller jest młodym szefem kuchni i grzeszy tym, czym większość ludzi w kuchni w jego wieku. Chce pokazać, co potrafi. Rzadziej myśli o mnie (choć czasami mu się zdarza – jak przy kopytkach, zupie i zabaglione), częściej o sobie. Chce udowodnić wszystkim dookoła, jakich technik potrafi użyć. Uważa, że musi. Być może za 10 lat będę uwielbiała jego kuchnię. Wtedy, kiedy już okrzepnie, wypracuje sobie swój własny styl i skupi się na smaku, nie na prezentacji i pokazówce. Jeśli tak będzie. Bo równie dobrze może pójść w stronę imponowania formą, a wtedy pewnie jego kuchni nie będę uwielbiała. W każdym razie, potencjał ma ogromny.

The Bell Śledź

The Bell: Śledzź z kwaśną śmietaną, żurawiną i koprem

The Bell: Kopytka z rakami i porem

The Bell: Kopytka z rakami i porem

The Bell: Kaczka

The Bell: Kaczka z lawendą, serem i jeżyną

The Bell Dorsz

The Bell: Dorsz w sosie cafe de paris i brukselką

The Bell Gołąb

The Bell: Gołąb z risotto z orzeszków piniowych

The Bell: Relacja jakości do ceny

Nie wiem, czym The Bell chce właściwie być. Czy to miejsce zmierza w stronę fine dining – jak sugerowałaby kuchnia, czy w stronę bezpretensjonalnego eatery, co sugeruje komunikacja. Nie wiem, zatem trudno mi porównać The Bell do innych miejsc. Nie umiem odpowiedzieć, czy jest tu drogo, czy nie. Sugeruję się więc wyłącznie moimi odczuciami – uważam, że za to jedzenie, zapłaciłam dobrą cenę, ale nie szłabym w ceny powyżej 70zł za danie główne. To powinna być granica.

W karcie win spodziewałabym się jednak zobaczyć nieco więcej propozycji poniżej 100zł za butelkę. W tej chwili jest po jednym winie w tej cenie z białych, czerwonych i musujących. Trzeba jednak przyznać, że z cenami win nie przesadza się tu zanadto, większość zamyka się w przedziale 100-200zł.

The Bell: Ciastko czekoladowe z czekoladowym ganache

The Bell: Ciastko czekoladowe z czekoladowym ganache

The Bell: Millefeuille z pestkami dyni i jabłkiem

The Bell: Millefeuille z pestkami dyni i jabłkiem

The Bell Zabaglione

The Bell: Zabaglione z rodzynkami i miętą

The Bell to miejsce niespójne i swoją niespójnością irytujące. Tak samo jak trzeba strzepnąć ten puder i rozwiać dym z bardzo dobrego jedzenia serwowanego przez Łukasza Kawallera, tak samo trzeba byłoby pozbawić towarzystwo właścicieli i doradców tych pretensjonalnych tonów, w które popadli. Podejrzewam, że to pierwsze zrobić będzie łatwiej. Jeśli tu wrócę, to wyłącznie sprawdzić jak rozwija się Łukasz Kawaller. No i może jeszcze ze względu na ogródek.

The Bell, ul. Zwycięzców 21, Warszawa, tel. 533 210 222

Ocena: 13/20

Czy wrócę? NIE

  • Ogólne wrażenie
    1.5
  • Jedzenie
    3.5
  • Obsługa
    4.5
  • Relacja ceny do jakości
    3.5
Na plus
  • Świetna obsługa szkolona w m.in. Nolicie
  • Dobry potencjał szefa kuchni
Na minus
  • Pretensjonalna i niespójna komunikacja
  • Pudry i dymy w jedzeniu

11 Kommentare

  1. Piotr pisze

    Warto wspomnieć, że chleb jest żywcem skopiowany z atelier Amaro. Mi wystarczy widzieć to na zdjęciach, żeby znać pojęcie o tamtejszej kuchni bez przekraczania progu.

  2. Piotrek z Saskiej kępy pisze

    Witam, czytam ten artykuł i myśle ze jest ciut pretensjonalny. Bo szef od Amaro (czego nie wiedziałem, ale mało mnie to podnieca), bo doradcy z Włoch, bo właścicielka projektantem, bo obsługa mnie już zna i wiem co lubię…

    Zaczął był ten tekst jednak od opowiedzenia o rejonie w którym powstala restauracja czyli saska kępa. Jeśli przyjrzymy się restauracja które tutaj są i się utrzymują to zobaczymy pewna zależność : kebaby, pizzę, meksykańskie, naleśniki, piekarnie, cukiernie. Są miejsca w których uwagę przykłada się do posiłków/dań które serwuje się ludzia na talerzach. Ale w większości są to bary/restauracje które liczą na zapełnienie Stolikow wtedy czuja ze pracują bo im szybciej czas mija w pracy. Ale nie o tym tutaj.

    Po za “Domem polskim” na Francuskiej nie ma restauracji do której można by było wyjść wieczorem, usiąść, napić się wina, zaprosić znajomych, bez nadęcia i jeszcze zeby to było smaczne i nie zrujnowało mojego portfela. A dla mnie tym bardziej dobrze ze mogę iść pieszo wszędzie mieszkając na saskiej kepie. Cieszy mnie ogromnie fakt ze powstała ta restauracja właśnie tu, w sercu saskiej kępy.

    Każdy człowiek może sobie otworzyć restauracje, to jest moje osobiste zdanie. Rynek zweryfikuje czy zabrał się za to w odpowiedni sposób, skoro miał takie marzenie to nikt mu nie zabroni.

    Nie ma określonych zasad które maja panować w restauracjach tego typu. Jedni piją więcej wina do kolacji drudzy mnie, ktoś je dużo i powie ze są małe porcje, ktoś lubi biel powie ze tam jest za ciemno.
    Moim zdaniem myśle ze trafia tam ludzie na których liczą właściciele (na to potrzeba czasu). Bo taki ma być cel, by nie zjeżdżały się tam rodziny jak w każdy słoneczny weekend na saską kępę, lecz by w tej małej społeczności jaka tworzą ludzie saskiej kępy wieść się rozniosła ze jest taka restauracja, ze coś nowego na saskiej kepie, warte polecenia. Ludzie którzy mieszkają na saskiej kepie w większości podróżują trochę po świecie bądź podróżowali wiec wiedza jak
    Wyglądają Dania i obsługa na świecie, i myśle se tak jak ja cieszą się z tego miejsca właśnie tu, które chociaż trochę przybliża do standardów panujących restauracja zagranicznych.

    To jest moje odczucie po przeczytaniu tej opini, oczywiście każdy może mieć swoje zdanie, ale bardzo chciałem to napisać 😉

    • Panie Piotrze, bardzo dziękuję za komentarz. Dużą część tego pretensjonalnego tonu zawdzięczamy właśnie The Bell i informacjom, które na swój temat publikuje. Chodziło mi o podkreślenie bezsensu tego typu tonu.
      Co do Saskiej Kępy, zgadzam się, że nie ma tam takiego miejsca i że rynek je zweryfikuje. Nie jestem przekonana czy pozytywnie.

  3. Rita pisze

    Jak zawsze ciekawy tekst, dobre zdjęcia, mam tylko jedną uwagę “techniczną”. Warto byłoby podać definicję “eatery”. To nieznane mi słowo, nie wiem co oznacza, czym się charakteryzuje, jakie są wzorcowe “eatery”, z czym porównać zatem The Bell. Aha zastanowiło mnie też skąd tak niska ocena za ‘ogólne wrażenie’ przy dość wysokich ocenach w pozostałych kategoriach 🙂

    • Rita, dziękuję za komentarz. Nie było moim celem propagowanie eatery, mam szczerą nadzieję, że to słowo się jednak nie przyjmie.
      W ogólnym wrażeniu oceniam również komunikację. W tym przypadku cały pierwszy akapit jest wyjaśnieniem, dlaczego to miejsce mnie drażni.

  4. Pizza Puszczykowo pisze

    Świetny artykuł, miło jest czytać tak dobrze napisane wpisy, czekam na kolejne 😀 Pozdrawiam.

  5. Iga pisze

    Podziw bierze, ze słowo EATERY moze wywołać takie poruszenie u jednej osoby!
    W wolnym tlumaczeniu EATERY: eating place/ braserrie z fr. / miejsce w ktorym sie spozywa/je .. Synomim to :RESTAURACJA
    Nazwy innych miejsc jak : BRASERRIE/ ATELIER/BISTRO sa juz oswojone a tu mamy taki problem ze słowem EATERY .. zupełnie niepotrzebnie..

  6. Zdecydowałam się usunąć fragment tekstu dotyczący doniesień niektórych mediów nt. Łukasza Kawallera i jego rzekomego doświadczenia jako sous chefa w Atelier Amaro. Wojciech Amaro odpowiedział, że Łukasz nie pracował na tym stanowisku, mamy więc jasną sytuację, do której dążyłam od początku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *