Kultura
Skomentuj

Revolutionary Road („Droga do szczęścia”)

Jeżeli nie lubicie Titanica tak bardzo jak ja, to mam dla Was dobrą wiadomość. Kate i Leo przepraszają. Takie właśnie mam wrażenie po obejrzeniu Revolutionary Road, filmu świetnego pod każdym względem, głównie aktorskim.

Kate Winslet gra całościowo. Jest po prostu znakomita. Każdy ślad mimiki, każda zmarszczka, każda kropla potu, wszystko na jej twarzy współgra wybitnie. Cała jest wybitna. Podobnie Leonardo DiCaprio. Tak bardzo go nie lubiłam z jego etapu pomiędzy „Gilbertem Grapem” a „Infiltracją”, że do teraz nie mogę uwierzyć jak fantastycznym aktorem jest. Do tego jest jeszcze świetny drugi plan. Kolejna znakomita rola Kathy Bates i Michael Shannon w roli mężczyzny chorego psychicznie, nominowany zresztą za tę rolę do Oskara. Aktorsko ten film jest popisowy.

To ogólnie dość trudne kino. Depresyjne. Może nawet bardzo depresyjne. O życiu dwójki ludzi, którzy kiedyś chcieli więcej i właśnie sobie o tym przypomnieli. Taki trochę o tematach uniwersalnych – o zapominaniu się w codzienności, o wielkich nadziejach, o szarości dnia codziennego, o niezrealizowaniu się w życiu, o robieniu czegoś dla pieniędzy i świętego spokoju, o przedmieściach amerykańskich (czy aby na pewno tylko?), wreszcie o małżeństwie i braku w nim zrozumienia, a na pewno o braku sposobu na rozwiązywanie problemów, a przede wszystkim poczucia, że we dwójkę da się przez wiele przejść.

Tematy ponadczasowe dobitnie pokazane. Jedyną osobą, która w tym towarzystwie mówi prawdę jest chory psychicznie mężczyzna. Jest jakby zwierciadłem pary bohaterów, którzy najpierw zgadzają się z nim całkowicie i mają poczucie zrozumienia swojej sytuacji, ale w końcu nie wytrzymują napięcia tej prawdy rzucanej im prosto w oczy. Bardzo dobra scena obiadu gościnnego przy stole.

Świetnych scen jest więcej. Śniadanie ostatniego dnia jest powalające. Pod pozorami całkowicie opanowanej sytuacji, czuje się głębokie stłumione emocje, które grają główną rolę. Właściwie tylko się czeka na eksplozję. Wybitne. A scena ostatnia … nie zdradzę jaka … jest jedną z lepszych scen podsumowujących, jakie w ogóle w kinie widziałam. Smutne to kino, ale bardzo inspiruje do myślenia. Bardzo.

W skali od 1 do 10 daję 9.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *