Miesiąc: Grudzień 2008

Candace Bushnell “Piąta Aleja”

Kończę ten rok opisem moich wrażeń po przeczytaniu bardzo szeroko promowanej „Piątej Alei” Candace Bushnell. To taka lektura pozwalająca zabić trochę zbędnego czasu czy może zająć część umysłu wtedy, kiedy spora druga część jest zaprzątnięta przez coś naprawdę ważnego. Dla mnie to oddech poświąteczny, nabrany w towarzystwie lampki (biorąc pod uwagę 600 stron, to raczej kilku lampek) czerwonego wina i radia Smooth Jazz. Powrót do normalności, może z chwilą zadumy, ale nie dłuższą niż „Venice” Chrisa Bottiego zagrane przez internetową stację akurat w momencie książkowej puenty. Candace Bushnell jest oczywiście bardzo popularną autorką. Jej „Sex w wielkim mieście” przerobiony na serial, a potem niestety na film, zdobył chyba wszystkie szczyty popularności. Zresztą tę popularność, muszę to przyznać, moim zdaniem zdobył zasłużenie. Nie wiem, ile w tym jest osiągnięć autorki, a ile ekipy telewizyjnej, ale serial był inteligentny i zabawny, o „Piątej Alei” powiedzieć tego samego nie można. Przedstawia ona historie bohaterów mieszkających w budynku Piąta Aleja Jeden – niezwykle prestiżowym miejscu w samym centrum Nowego Jorku. To takie miejsce, w którym wszyscy chcą mieszkać, niektórzy …

Santa Alicia Carmenere Reserve 2006

Carmenere to ciekawy szczep winny. Nie tak popularny jak Merlot czy Cabernet Sauvignon. Wynaleziony wprawdzie we Francji, ale naprawdę się rozwinął w Chile i dzisiaj jest dla tego kraju reprezentacją. O Carmenere więcej tutaj Santa Alicja to bardzo znany producent win chilijskich. W 2007 roku, w trakcie londyńskiego konkursu The International Wine and Spirit Competition, uzyskał tytuł Chiliean producer of the year 2007. Co może wyjść z połączenia charakterystycznego dla regionu szczepu i dobrego producenta win? No na przykład bardzo dobre wino Santa Alicia Carmenere Reserve 2006. Nagrodzone złotym medalem International Mundus Vini. Opisywane przez dostawców (Dolina Win) następująco: „Skoncentrowane wino ze słodkimi garbnikami z nutkami korzeni, zielonego pieprzu i odrobiną mięty. Najlepiej podawać do serów, potraw kuchni włoskiej i chińskiej.” Mnie znakomicie smakowało do świątecznych potraw i stanowiło naprawdę miłą odmianę dla panoszących się Merlotów, Cabernet i Shirazów. Polecam. W skali od 1 do 10 daję 7 Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy …

India Arie „Acoustic Soul”

India.Arie znana mi jest nie od dzisiaj. W pojedynczych utworach słucham jej od dłuższego czasu, choć nie jest bardzo popularna, nie należy do tzw. pierwszego nurtu artystów najczęściej promowanych. Szkoda, ale może to właśnie dodaje jej uroku znalezienia czegoś specjalnego w masie wszystkiego innego. „Acoustic Soul” to pierwsza płyta artystki dla wytwórni Motown. Nagrana w 2001 roku. Mam wrażenie, że w Polsce przeżywa pewien relaunch od czasu, kiedy Paulina Lenda – początkująca 16-letnia wokalistka występująca w programie „Mam talent” – przypomniała fantastyczny utwór „Ready For Love” pochodzący właśnie z tej płyty. Dla mnie odkryty na nowo. Płyta jest kwintesencją soulu. Wszystkiego, co ten gatunek ze sobą niesie. Jest więc boleśnie piękny głos Indii, opanowany do granic możliwości opanowania ludzkiego głosu. Z piękną, charakterystyczną ciemną barwą, z wykorzystywaniem kobiecego falsetu w momentach najbardziej się do tego nadających („Sometimes you’ll fly”), z częstymi, głębokimi zejściami w dolne rejestry („Sometimes you will fall”), z feelingiem przypominającym czasy ery swingu i uśmiechem w głosie. Są niezwykle charakterystyczne kompozycje, pozostające w uchu już po pierwszym przesłuchaniu. Jest mnóstwo dobrych, kołyszących …

R20

Jak zwykle trafiliśmy tam za Nowakiem. No cóż, w końcu po to pewnie pisze swoje recenzje kulinarne, żeby ludzie chodzili w opisywane miejsca i porównywali swoje wrażenia z jego. Często się nie zgadzamy, ale dużą frajdę sprawia nam znajdywanie tych różnic w zdaniu. Zresztą do Nesebaru, który wygrał gazetowy plebiscyt na Knajpę Roku, nie sposób się dostać od kilku tygodni. Jest totalnie oblegany. Tym razem, powędrowaliśmy więc w poszukiwaniu mocnych wrażeń. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

Kiedy wchodziłam do kina, miałam w głowie tylko jedno – znowu zobaczę mojego ulubionego Philipa Seymoura Hoffmana, aktora, którego cenię ostatnio ponad innych. Za każdym razem, gdy go widzę, od czasu świetnej roli w „Capote”, który to film musiał sobie zresztą sam wyprodukować, jestem poruszona jego kreacją. Niedawno przeżywałam The Savages, teraz wybrałam się na „Before the Devil Knows You’re Dead” czyli „Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”. Poza Hoffmanem w tym filmie jest jeszcze bardzo dawno przeze mnie niewidziana Marisa Tomei. Jest fantastyczna jak zawsze zresztą. Nie wiem, co jest w tej kobiecie, ale jestem dość pewna, że gdybym była mężczyzną, ona byłaby moim ideałem. I ni chodzi o jej piękne ciało, którego pokaz daje również w tym filmie, chodzi o jakiś rodzaj ekspresji, o jakieś szaleństwo, które jej towarzyszy, przy jednoczesnym zagubieniu i takiej totalnej niemożności radzenia sobie z rzeczywistością. Po prostu kobieta, która potrzebuje pomocy. Do tej dwójki genialnych aktorów, dobrano jeszcze Ethana Hawke’a. Nie darzę go szczególną sympatią, ale tutaj zagrał bardzo dobrze. Ciężka rola. Musiał się wcielić w tchórza …

Restauracja GAR

GAR to jedna z nowszych restauracji firmowanych przez słynną restauratorkę Magdę Gessler. I pewnie dlatego postawiłam temu miejscu poprzeczkę dość wysoko. Przelotnie byłam tam w zeszłym roku, ale wtedy mój stan przeziębienia uniemożliwił mi rozróżnienie jakichkolwiek smaków, a zatem próbę należało powtórzyć. W pierwszej kolejności postanowiliśmy się tam pojawić po koncercie Herbiego, ale pomimo rezerwacji, nie wpuszczono nas. Owszem, była już 23cia, ale czy ktoś podczas telefonicznej rezerwacji poinformował nas, że restauracja zamyka się o tej godzinie? Nie. Dlatego Restauracja Gar dostała na wstępie ogromnego minusa. A ponieważ takie negatywne opinie lubimy wyjaśniać od razu i jednoznacznie określać miejsca jako udane lub nie, postanowiliśmy uparcie wybrać się do Gara i wyrobić sobie zdanie. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Herbie Hancock Sekstet w Filharmonii Narodowej

Kiedy przyjeżdża do Warszawy taki mistrz jazzu jak Herbie Hancock, nie ma co się zastanawiać, czy iść, czy nie. Nie ma co analizować, czy jest się największym jego fanem, czy trochę mniejszym, po prostu trzeba iść. Skarżyłam się kiedyś na ceny biletów na koncerty jazzowe i rozważałam, co mogłabym za to mieć. Wtedy ktoś mnie zapytał, dlaczego na nie chodzę, dlaczego nie zrezygnuję i nie kupię sobie kolejnej sukienki, czy luksusowej apaszki. Otóż będę płacić po 200 zł za bilet głównie dlatego, że takich przeżyć, emocji i wrażeń nikt mi nie odbierze. Zostaną moje już na zawsze. Wszystko to, co odczuwam podczas jednego czy drugiego solo muzyków, pozostaje we mnie na zawsze i tworzy mnie taką, jak jestem. Wzbogaca. Tak było też z tym koncertem. Bardziej od Herbiego interesował mnie Terence Blanchard. Fantastycznie uzdolniony trębacz jazzowy. Kiedy usłyszałam go po raz pierwszy na ścieżce dźwiękowej do filmu „Mo’ Better Blues” Spike’a Lee, oszalałam. „Mo’ Better Blues” to zresztą jedyny utwór, który zapamiętałam bezbłędnie po pierwszym przesłuchaniu. Do dziś potrafię powtórzyć melodię, choć naprawdę znam ją …

Happy-Go-Lucky

Filmy Mike’a Leigh oglądam zawsze z dużą przyjemnością. Zazwyczaj są w nich tak charakterystyczni bohaterowie, że gdyby pojawili się obok mnie, gdzieś na przyjęciu czy w sklepie, mogłabym bez problemu posądzić ich o bycie postacią z filmu Mike’a Leigh. Zazwyczaj też są solidnie zakręceni. Tym razem jest podobnie, choć Poppy – główna bohaterka Happy-Go-Lucky – jest zakręcona niezwykle pozytywnie. I za to pokochałam ten film. Już zwiastunach właściwie mogłam się tego spodziewać. Pozytywny nastrój jest kwintesencją filmu. Poppy jest nauczycielką, trzydziestolatką, mieszka z przyjaciółką, jest samotna i niezbyt bogata. Czy w związku z tym przeżywa traumę, zamartwia się, desperacko poszukuje mężczyzny czy cokolwiek z podobnych standardów? Nie, jest idealnie szczęśliwa. Szczerze szczęśliwa. I niezwykle pomocna wszystkim dookoła. Jest też bardzo wrażliwa na nieszczęścia innych. Ogólnie nie ma wad, cała zbudowana jest z pozytywów, co powoduje, że widz właściwie uwielbia ją od samego początku do końca. I życzy jej jak najlepiej. Trzeba się mocno pokłonić odtwórczyni głównej roli – Sally Hawkins, która się w całość narysowanej przez Leigh postaci wkomponowała idealnie. Jej Poppy jest wręcz nieznośnie …