Miesiąc: Lipiec 2008

Piccola Italia

O Piccola Italia słyszałam wielokrotnie w różnych miejscach. Jak to się dzieje, że włoskie restauracje serwujące tzw. prawdziwą domową kuchnię mieszczą się zazwyczaj w okropnych miejscach typu stare post-komunistyczne pawilony handlowe? Tego nie wiem. Wiem jednak, że np. greckiemu Santorini lokalizacja nie przeszkadza w zupełnie niczym. Ma świetny wystrój wnętrza i mnóstwo gości. W Il Caminetto z wystrojem gorzej, gości też sporo, ale obsługa i jedzenie takie sobie. Pora była sprawdzić jak to robią w Piccola Italia.

Gdzie jesteś Amando?

„Gdzie jesteś Amando?” („Gone Baby Gone”) umknęło mi w kinach. Z dużym zadowoleniem przyjęłam więc jego premierę na DVD. Oczywiście nigdy nie jest tak, żeby ekran telewizora potrafił choćby w najmniejszym stopniu zastąpić ekran kinowy, ale zawsze to jakaś namiastka. Dużo słyszałam o tym filmie. bardzo mnie ciekawił głównie za sprawą książki, na której oparto scenariusz. „Gone Baby Gone” jest autorstwa Dennisa Lehane’a. Tego samego, którego „Rzekę tajemnic” z wielkim powodzeniem na ekran przeniósł Clint Eastwood. Jeśli ktoś pisze takie historie, zdecydowanie musi się spodziewać ich ekranizowania. Nie jest to jednak proste i bardzo obawiałam się efektu w przypadku „Amandy”, zwłaszcza, że za scenariusz i reżyserię zabrał się Ben Affleck. Być może moja ostrożność i nieufność wobec Bena Afflecka spowodowały, że film odebrałam nad wyraz pozytywnie. To kino nie tylko wciągnęło mnie w historię, ale zaintrygowało, zastanowiło, sprowokowało do myślenia. Postawiłam siebie w sytuacji głównego bohatera, zaczęłam się zastanawiać jak bym zareagowała. Słowem, stało się wszystko to, czego od dobrego kina oczekuję – przeniosło mnie w swój klimat i zajęło swoim tematem, całkowicie. A temat prosty …

Stacyjka Zdrój w Teatrze Ateneum

„Stacyjka Zdrój” nazywana jest sentymentalną wycieczką po twórczości Kabaretu Starszych Panów. To kompilacja piosenek z repertuaru Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Andrzej Poniedzielski dopisał do tych piosenek fabułę i okrasił swoimi dialogami. Spodziewałam się więc pięknych piosenek i „łączników” tekstowych. Łączniki jednakże nad wyraz się autorowi udały, tym samym stały się czymś znacznie więcej niż tylko zwykłymi spoiwami, nadały całości piękny, melancholijny i skłaniający do refleksji sens. Poniedzielski przeniósł akcję w zaświaty – wszystko dzieje się „tam” po śmierci bohaterów, ale to „tam” nazywane jest przez nich „tu”, a „tam” oznacza naszą rzeczywistość. Tytułowa Stacyjka to ostatnia stacja w życiu każdego z bohaterów. Przy czym wszyscy są tam nowi, jeszcze nie wiedzą co się stało, jeszcze nie rozumieją jak i gdzie się znaleźli. W niezrozumieniu owym zresztą pozostają. Fabuła to typowy przedstawiciel twórczości Poniedzielskiego. Od dawna go podziwiam, uwielbiam jego zabawy słowne, popisy których można znaleźć w „Stacyjce Zdrój”. Mamy więc słowotwórstwo w stylu „nevergreen”, „samowicie”, mamy też Jupitera (YouPiter), który okazuje się być Piotrem … bez ambicji na świętego („w angielskim emigranta YouPeter mogłoby …

2 dni w Paryżu

Sezon wakacyjny w pełni. W kinach coraz mniej filmów, na które z pewnością trzeba się wybrać, już powoli zaczyna brakować takich, na które w ogóle można się wybrać. Tym lepiej na tym tle odbija się komedia romantyczna „2 dni w Paryżu”. To film jednego nazwiska – Julie Delpy. Julie przypomina swoją bohaterkę – dzielną, niezależną kobietę – sama wyreżyserowała, zmontowała, wyprodukowała całość i zagrała rolę główną. Dobrała sobie nawet do roli ojca – swojego ojca. Całość jest więc wydarzeniem bardzo autorskim, ale też zrobionym w miłej, kameralnej atmosferze, co można z filmu zobaczyć. Mam wrażenie, że w większości filmów dobra atmosfera na planie przekłada się na dobrą jakość filmu … choć z pewnością kolejne części „Oceans Eleven” znakomicie zaprzeczają tej teorii. Film śmieszy wszystkich tych, którzy nie znają Francuzów. Znam kilka osób, które nację francuską znają tak dobrze, że żaden już dowcip na ten temat ich nie rozbawi. Mnie film bawił bardzo, momentami do łez. Głównie opiera się na różnicach międzykulturowych, co już samo w sobie jest ciekawostką. Oczywiście wykorzystuje też stereotypy i to zarówno …

Restauracja Espania to tu

Espania to tu odwiedziłam z głębokim przekonaniem, że Warszawa nie ma jakoś szczęścia do bardzo dobrych hiszpańskich restauracji. Od czasów, kiedy zamknięto Casa Waldemar, która w moim przekonaniu wybijała się istotnie ponad inne miejsca serwujące iberyjskie specjały, od tego czasu żadna z restauracji nie spowodowała mojego zachwytu. Odwiedzałam już czas temu Casa To tu, ale ponieważ recenzje Espanii były coraz bardziej pozytywne, pora była najwyższa, by jakimś letnim popołudniem zawitać na ul. Gałczyńskiego.

Branford Marsalis w Sali Kongresowej

Trzeci dzień Warsaw Summer Jazz Days. Ciągle nie mogę uwierzyć, że tyle gwiazd może wystąpić w Kongresowej w jednym tygodniu. Zastanawiam się, jak zareaguję na koncert dzisiejszej gwiazdy – Branforda Marsalisa. Mam do niego stosunek szczególny. Właściwie można powiedzieć, że Marsalis jest sprawcą tego, że słucham jazzu. Usłyszałam go pierwszy raz na płytach Stinga, tak, to on jest autorem słynnej solówki do „Englishman In New York”. To on otwarł dla mnie świat dźwięków muzyki synkopowanej, to przez jego płyty dochodziłam po kolei do innych wielkich muzyków, choćby do Milesa. „Mo’ Better Blues” z udziałem jego kwintetu to moim zdaniem najlepsza ścieżka dźwiękowa do filmu napisana kiedykolwiek. A projekt Buckshot Lefonque, z przepiękną wzruszającą kompozycją „Another Day” do dziś – moim zdaniem – nie miał godnego następcy łączącego tak umiejętnie jazz, funk i hip-hop. Odczuwam więc do Branforda Marsalisa rodzaj pewnej czci. Wyznaję go trochę jak religię. Nie dam złego słowa powiedzieć. Ale siedząc na Sali Kongresowej, zastanawiam się, co może zrobić Branford Marsalis po wczorajszym trzęsieniu ziemi – Bobbym McFerrinie. Jak może mnie porwać ktoś, …

Bobby McFerrin w Sali Kongresowej

Wielkim, ciągle niezmienionym zdumieniem napawa mnie fakt, że do Warszawy mogą przyjechać na jeden festiwal takie gwiazdy jak Chic Corea, Bobby McFerrin, Pat Metheny i Branford Marsalis. To jest absolutna czołówka światowa i to oznacza, że Warszawa nabiera coraz większego znaczenia na mapie jazzowych miejsc na świecie. Na koncercie McFerrina nie byłam nigdy, toteż mój szok i zachwyt miał znamiona z jednej strony wrażeń nowicjuszki, ale z drugiej był pełny, szczery, totalny i całkowicie spontaniczny. Bobby wychodzi na scenę sam, ale sam nie jest. Na niczym nie gra, ale robi znacznie więcej muzyki niż trio wokalne wspomagające się elektronicznie występujące tuż przed nim. Zaprasza gości, ale nie po to, by nad nimi górować kunsztem, lecz po to, by po partnersku współtworzyć z nimi dźwięki, rytmy, harmonię, muzykę. Zaprasza publiczność, ale nie tylko do zabawy czy zwykłego bicia brawa, zaprasza do muzyki, ustawia koncert na głosy publiki i swój, łączy wszystko w całość i umożliwia piękną interakcję. Skromny, w T-shircie i dżinsach, siada na krześle i zaczyna wybijając rytm o klatkę piersiową intonować kolejne melodie. Pierwsze …