Miesiąc: Sierpień 2010

Niedzielny brunch w restauracji Hotelu Sheraton

Tradycja niedzielnych brunchów zaczęła się chyba właśnie od hotelu Sheraton i jej niegdysiejszego szefa kuchni – Kurta Shellera. Dziś, kiedy rozprzestrzenia się w bardzo wielu miejscach w Warszawie, warto jednak wrócić do źródeł i posmakować propozycji szefów kuchni dwóch restauracji Sheratona – The Olive oraz The Oriental. Nie da się tego przejeść, a różnorodność zachwyca nawet najbardziej wytrwałych bywalców restauracji. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Casal Garcia Vinho Verde Branco Portugalia

Podążam tropem win Vinho Verde. Jakoś tak się zrobiło, że ostatnio bardzo mi zasmakowały, a ponieważ testy zaczynałam od nietypowego przedstawiciela gatunku, bo różowego Vinho Verde, pora była najwyższa na klasykę. Casal Garcia Vinho Verde Branco. Dystrybutorzy o winie: „Wino o jasno-słomkowej sukni z odcieniami wiosennej zieleni. Połyskliwe, z delikatnie zaznaczoną, orzeźwiającą perlistością i przyjemnie zrównoważoną kwasowością. W ustach wyczuwalne cytrusowe aromaty z nutą zielonego jabłka.” Dla mnie ma niezbędną dawkę mineralności i – jak na Vinho Verde przystało – klasyczne, delikatne bąbelki. Bardzo dobre, mam wrażenie, że lepsze od poprzedniego, choć ponieważ tamto było różowe, wyglądało lepiej, to ma charakterystyczną jasno zielonkawą barwę. Do kupienia m.in. tutaj.   Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Restauracja Portucale

Od dawna uważam, że kuchnia iberyjska są w Warszawie niedoreprezentowane. Od czasu zamknięcia słynnej hiszpańskiej Casa Valdemar, nie ma miejsca, które równie dobrze karmiłoby w tym stylu. Przyszła pora na sprawdzenie portugalskiej restauracji Portucale, która niedawno zmieniła swoją lokalizację na bardzo bliskie okolice Warszawianki. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Elisabeth Gilbert „Jedz, módl się i kochaj”

„Jedz módl się i kochaj” to jedna z tych książek, której nie przeczytałabym na pewno. Tytuł brzmi poradnikowo, napisano już z 300 takich książek, a na dodatek opisana jest „Polubiły ją Oprah Winfrey, Hillary Clinton oraz Meg Ryan” – też mi wzory literaturoznawców. Poleciła mi ją natomiast przyjaciółka, której ufam w kwestii książek zdecydowanie bardziej niż Oprze Winfrey 😉 Przede wszystkim, książka jest nierówna. Pierwszy rozdział jest świetny, sympatyczny, dobrze napisany. Nie wnosi niczego wartościowego, ale przyjemnie się to czyta. Daje nadzieję na to, że nawet po trudnych czasach w życiu, można sobie sprawić sporą dawkę przyjemności. Ponieważ odnosi się do części ‘Jedz we Włoszech’ (nazwy części – moje) świetnie komponuje się z moją osobą, a po części też tym blogiem. Potem niestety następuje część ‘Módl się w Indiach’. No cóż, ja po prostu nie jestem najbardziej uduchowioną osobą na świecie i nigdy kategorie medytowania, buddyzmu ani innych tym podobnych, nie robiły na mnie wrażenia. Nie mam nic przeciwko oczywiście, życzę powodzenia wszystkim zainteresowanym, ale nie mam też ochoty próbować. W związku z tym, ta część była …

Madeleine Peyroux „Bare Bones”

W stwierdzeniu, że Madeleine Peyroux przypomina Billy Holiday nie ma już od dawna niczego odkrywczego. Jednak odsłuchując utwory z kolejnej płyty Madeleine, trudno się pozbyć tego niesamowitego wrażenia, że Billy wróciła. Nie tylko barwa, ale i charakterystyczne frazowanie, swingowanie, wszystkim tym Billy zza światów przypomina o swojej ponadczasowości i nieśmiertelności. Na płycie „Bare Bones” zadziwiająco mało jest jazzu samego w sobie. Nie znajdziecie tu standardów, ani najbardziej charakterystycznej harmonii jazzowej, a i aranżacje dalekie są od jazzu, ale jest duch … Nie tylko duch Billy, ale ciekawy klimat powiedziałabym „jazzawy”, choć to może być dla tej płyty krzywdzące. Z pewnością są na niej perełki. „Damn The Circumstances” to jeden z bardziej klimatycznych utworów, jaki kiedykolwiek słyszałam. Zaśpiewany z lekko trzęsącym się wokalem w górnych partiach refrenu, jakby wokalistka nie radziła sobie z poprawnym wyśpiewaniem całości, a przecież udowadnia na tej i innych płytach wielokrotnie, że radzi sobie świetnie. Bardzo ciekawy efekt. Utwór zresztą w ogóle charakteryzuje się takim rozciąganiem rzeczywistości, jakby świat zwalniał na te kilka minut i dawał nam czas. Po tytułowym „Bare Bones” …

Arca Nova Vinho Verde Rose Escolha 2009

Ponieważ pogoda zmienia się trochę jak w kalejdoskopie i praktycznie nie wiadomo, czy będzie gorąco, czy burzowo, czy chłodno i orzeźwiająco, łapię ostatnie momenty tego lata i funduję sobie ucztę z Vinho Verde. Zupełnie nie rozumiem braku popularności tych win. Naprawdę. Kiedy pierwszy raz kosztowałam ich w Portugalii, miałam wrażenie, że odkryłam jakąś wielką tajemnicę, a to po prostu marketing nie odrobił swojej roboty. Tylko tyle. Vinho Verde, choć bardzo pyszne, nie doczekało się sławy podobnej do – o wiele przecież gorszego za to dziko rozreklamowanego – bojoule nouveau. Vinho verde to młode i świeże wino. Choć verde oznacza zielone, wina vinho verde mogą mieć wszystkie kolory. Moja butelka jest akurat różowa. I bardzo dobra. Nie doszukałam się wprawdzie żadnego polskiego opisu tego wina, muszę go sobie więc sama stworzyć. Arca Nova Vinho Verde Rose Escolha 2009 jest bardzo przyjemnym winem, lekko musującym, bardzo delikatnym w smaku, świeżym, orzeźwiającym, trochę budzącym, szczególnie w wielkich upałach. Na gorące dni jest po prostu wyśmienite. Oczywiście to nie są jakieś górne loty, nie mówimy tu o bardzo skomplikowanych …

New York, I love you

Oglądam sobie, korzystając z wakacji i nieco większej ilości wolnego czasu, różne filmy. Przeważnie wybieram kino Oscarowe, zwłaszcza takie, którego nie dorwałam w kinach lub które do kin po prostu nie weszło. Ale czasami, żeby nie popaść w totalny zachwyt i nie powystawiać tu samych 8 i 9 w ocenach, zabieram się za coś z natury swojej lżejszego. Często są to komedie romantyczne, a często po prostu jakieś zwykłe kino – nazwijmy je – obyczajowe. W taki sposób, w poszukiwaniu czegoś lekkiego przed snem, znalazłam „New York, I love you”. To kilka opowieści, splatających się jednym tylko punktem wspólnym – miejscem akcji – Nowym Jorkiem. Te kilka opowieści nakręciło kilku reżyserów. Mira Nair, Fatih Akin, Brett Ratner, Allen Hughes oraz debiutująca w roli reżysera Natalie Portman. Trochę to wszystko pachnie walentynkowym kinem, ale w dobrym tonie i stylu. Większość historii oczywiście koncentruje się na miłości w różnych wydaniach, zawsze w Nowym Jorku. Nie ma tu może wybitnych osiągnięć. Aktorzy, choć to często bardzo znane nazwiska, zagrali z dużym luzem. Historie, które zrobiły na mnie największe …

Tomasz Stańko DESPERADO

Zwykle, kiedy czyta się tak rockandrollowe historie, otoczone szalonym stylem życia, zanurzone w narkotykach i haju, zwykle wtedy koniec jest tragiczny. Być może dlatego tak zadziwiająca jest historia Tomasza Stańki, który nie oszczędzał się w życiu, choć do wszystkich używek miał dość mocny dystans i jeśli tylko stawały w sprzeczności z muzyką – nie miały już szans. Jakby ona była najwyższym stopniem uzależnienia, który nie znosi konkurencji i dość bezlitośnie ją zwalcza. „Raz nawet grałem po LSD, w „Remoncie”. Ciężko było, bo trąba mi się wydłużała, nie miałem kontroli, dlatego niespecjalnie to lubiłem. Nie odpowiadała mi specyfika psychodelików, halucynacje, odkształcanie przestrzeni.” Stańko wciąga czytelnika w swój świat. To świat dość pasjonujący, bardzo ekscentryczny. Świat opisywany specyficznym językiem, w którym trąbka to „trąba”, dobry muzyk to „zdolny cat”, a jeśli ktoś naprawdę zachwyca, może się narazić na sformułowanie „Ten Smolik to motherfucker”. Całość przeplatana jest wielką urodą słowa Stańki, wielką pasją muzyczną oczywiście, ale też zainteresowaniami innymi rodzajami sztuki – literaturą, malarstwem, czy rzeźbą. Choć książka ma ponad 500 stron, czyta się to niesamowicie. Kobiety przeplatają …

Incepcja

Jestem pod wrażeniem. Incepcja jest z pewnością kinem dla wymagającego odbiorcy. Nie wystarczy usiąść w kinie i się rozluźnić. Trzeba właśnie się spiąć. Choćby odrobinę. Zwrócić uwagę na drobiazgi, szczegóły, wyostrzyć zmysły i intelekt. Ale jeśli to wszystko zrobimy, kino odwdzięczy nam się z nawiązką. Ekstrakcja i incepcja to dwa pojęcia, na których opiera się film. Jeden i drugi proces odbywa się poprzez sen. W związku z tym, w samym filmie mamy do czynienia z rzeczywistością prawdziwą i rzeczywistością snu. Kiedy sprawy się komplikują i wymagają przejścia w głębsze poziomy podświadomości, mamy też do czynienia ze snem we śnie. Tych poziomów zagłębienia jest kilka, a widz faktycznie musi się skupić, żeby nie pogubić w całości akcji. Zwykle nie lubię filmów nierealnych, nie jestem zwolennikiem ani s-f ani fantasy. Jeśli już wybieram jakieś kino tego rodzaju, naprawdę musi to być wyjątkowa okazja. I tak jest w tym przypadku. Incepcja jest zdecydowanie premierą lata, jeśli nie premierą tego roku. Kilka zupełnie nierzeczywistych scen zrobiło nawet na mnie piekielne wrażenie. Pierwsze wyjaśnianie procesu incepcji nowej uczestniczce programu, przyjęłam …