Kultura
Skomentuj

Bobby McFerrin w Sali Kongresowej

Wielkim, ciągle niezmienionym zdumieniem napawa mnie fakt, że do Warszawy mogą przyjechać na jeden festiwal takie gwiazdy jak Chic Corea, Bobby McFerrin, Pat Metheny i Branford Marsalis. To jest absolutna czołówka światowa i to oznacza, że Warszawa nabiera coraz większego znaczenia na mapie jazzowych miejsc na świecie.

Na koncercie McFerrina nie byłam nigdy, toteż mój szok i zachwyt miał znamiona z jednej strony wrażeń nowicjuszki, ale z drugiej był pełny, szczery, totalny i całkowicie spontaniczny.

Bobby wychodzi na scenę sam, ale sam nie jest. Na niczym nie gra, ale robi znacznie więcej muzyki niż trio wokalne wspomagające się elektronicznie występujące tuż przed nim. Zaprasza gości, ale nie po to, by nad nimi górować kunsztem, lecz po to, by po partnersku współtworzyć z nimi dźwięki, rytmy, harmonię, muzykę. Zaprasza publiczność, ale nie tylko do zabawy czy zwykłego bicia brawa, zaprasza do muzyki, ustawia koncert na głosy publiki i swój, łączy wszystko w całość i umożliwia piękną interakcję.

Skromny, w T-shircie i dżinsach, siada na krześle i zaczyna wybijając rytm o klatkę piersiową intonować kolejne melodie. Pierwsze 15 minut mija mi w skupieniu, słucham, doceniam warsztat, jeszcze jestem nieświadoma tego, co będzie się działo za chwilę.

Wchodzą goście – jako pierwszy Leszek Możdżer. Zaczyna się od dźwięków szarpanych na strunach fortepianu i analogicznych, naśladowanych przez Bobby’ego. Potem panowie się rozwijają, dźwięki są coraz pełniejsze, coraz więcej w tym melodii, rytmu i dynamiki, rozwijają się, dyskutują muzycznie przez dłuższą chwilę, prawdziwy dialog. Jeden zaintonuje, to drugi podchwyci i na odwrót, rozkręcają się wyraźnie i zaczynają się coraz lepiej bawić, jest coraz głośniej, dynamiczniej, wszystko pędzi w tempie i nagle … ni stąd ni zowąd z tych wszystkich rozszalałych dźwięków wyłania się „Take The A Train”. Kiedy to się stało i jak – Bóg mi świadkiem, nie wiem. Nie wiem, choć przecież przy tym byłam. Brawa dla Możdżera.

Potem wychodzi Anna Maria Jopek. I tego nie chciałabym opisywać. Podparta elektroniką, intonuje jeden ze swoich utworów, Bobby dołącza do tego swoje wokalizy. Wyobrażam sobie, że na jej miejscu mogła być Anna Serafińska czy choćby Urszula Dudziak, czy jakakolwiek inna wokalistka improwizująca. Niestety nie było.

Po części z gośćmi Bobby znowu siada sam i śpiewa jeszcze kilka melodii. Potem oznajmia publiczności, że śpiewamy Ave Maria. Sam bierze na siebie podkład, a sala kongresowa nuci melodię. Otwieram oczy ze zdumienia. Tak, ludzie są w stanie zaśpiewać całe Ave Maria nuta po nucie, bez wsparcia. Taką mamy publiczność. Niewiarygodne.

Potem jest jeszcze część, gdzie Bobby biegnie po drugi mikrofon i zaprasza do zabawy kolejno 10 osób z publiki – ktokolwiek ma ochotę śpiewać. I choć „soliści” słabo sobie radzą, każdego ośpiewuje, z każdego dźwięku robi jakąś całość, każdej, nawet sfałszowanej nucie nadaje sens.

Po tym niezwykle zaskakującym widowisku, gdzie McFerrin najzwyczajniej na świecie ustawia publiczność tak, by była częścią jego koncertu – a to nucąc kolejne melodie, a to gwiżdżąc w odpowiednich miejscach, czy wreszcie śpiewając kolejne dźwięki akordu, McFerrin wychodzi na bis. Bisuje, sala szaleje. Wychodzi po raz drugi. Ale nie bisuje. Siada na scenie zwieszając z niej nogi, wcześniej prosi o zapalenie światła. Mówi „a może macie jakieś pytania” i zaczyna udzielać wywiadu. O tym, że nie śpiewa już „Don’t worry be happy”, o tym, dlaczego występuje wyjątkowo w butach, o swojej operze, o piosence dla żony itd. itp. Jeszcze zaśpiewa jeden króciutki bis tak samo siedząc ze zwieszonymi nogami i już się żegna.

Wychodzi. A ja siedzę w osłupieniu. I właściwie nie wiem, co się stało. Jak to możliwe, że taki drobny człowiek zapanował nad tłumem, wydobył z niego, co najlepsze tworząc niezwykły klimat swojego koncertu. Wychował sobie tę publiczność z pewnością, był tu już nie raz, nauczył ludzi jak reagować. Zresztą, i ja wychodzę z głębokim przekonaniem, że na następny koncert Bobby’ego wrócę już lepiej przygotowana, odrobię swoje zadanie domowe, przesłucham kilku płyt i nauczę się reagować tak, jak tego chce. Tylko niech już wróci. I teraz wiem, dlaczego na jego koncert bilety rozeszły się w pierwszej kolejności, gdyby dzisiaj sprzedawali bilety na następny, kupiłabym natychmiast. Bobby wróć!

Bobby McFerrin Duets, Warsaw Sumer Jazz Days, Warszawa, 5 lipca 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *