Kultura
Skomentuj

Branford Marsalis w Sali Kongresowej

Trzeci dzień Warsaw Summer Jazz Days. Ciągle nie mogę uwierzyć, że tyle gwiazd może wystąpić w Kongresowej w jednym tygodniu. Zastanawiam się, jak zareaguję na koncert dzisiejszej gwiazdy – Branforda Marsalisa.

Mam do niego stosunek szczególny. Właściwie można powiedzieć, że Marsalis jest sprawcą tego, że słucham jazzu. Usłyszałam go pierwszy raz na płytach Stinga, tak, to on jest autorem słynnej solówki do „Englishman In New York”. To on otwarł dla mnie świat dźwięków muzyki synkopowanej, to przez jego płyty dochodziłam po kolei do innych wielkich muzyków, choćby do Milesa. „Mo’ Better Blues” z udziałem jego kwintetu to moim zdaniem najlepsza ścieżka dźwiękowa do filmu napisana kiedykolwiek. A projekt Buckshot Lefonque, z przepiękną wzruszającą kompozycją „Another Day” do dziś – moim zdaniem – nie miał godnego następcy łączącego tak umiejętnie jazz, funk i hip-hop. Odczuwam więc do Branforda Marsalisa rodzaj pewnej czci. Wyznaję go trochę jak religię. Nie dam złego słowa powiedzieć.

Ale siedząc na Sali Kongresowej, zastanawiam się, co może zrobić Branford Marsalis po wczorajszym trzęsieniu ziemi – Bobbym McFerrinie. Jak może mnie porwać ktoś, kto przecież nie robi z jazzu show dla mas, a z siebie pierwszego dyrygenta orkiestry w składzie publiczność plus swoja własna klatka piersiowa. Bałam się, że wysłucham tego koncertu w skupieniu, może tupnę nóżką w kilku miejscach, może poczuję rytm i klimat, ale przecież nie aż tak.

Wyszli. W kwartecie. Branford Marsalis, Joey Calderazzo, Eric Revis, Jeff "Tain" Watts. Branford stanął przy mikrofonie, przeprosił, że nie mówi po polsku I w związku z tym nie będzie opowiadał, o czym są kolejne kompozycje, przedstawi tylko zespół i zaczną grać. Przedstawił zespół i zaczęli grać w szybkim tempie, dynamiczny pierwszy utwór. I stało się coś … wyrwali wszystkich z tej rzeczywistości i przenieśli w inną, swoją, tak od razu, jakby na pstryknięcie palcami, na trzy cztery. Jak czarodzieje, a może bardziej szamani.

Czterech eleganckich gentlemanów w nienagannych garniturach i koszulach, grających tak niesamowitą muzykę, że aż trudno w to uwierzyć. Zero w nich pozowania na artystów – rozwianych włosów, ekscentrycznych zachowań, ruchów, ubrań, nic. Trochę jak biznesmeni. Ale klimat, który tworzą jest nieopisany.

Ponieważ czułam się jak w amoku, wyrwana z kontekstu i mało przytomna, właściwie utkwił mi w głowie tylko jeden obrazek. Szalony uśmiech perkusisty Jeffa "Taina" Wattsa, pojawiający się podczas grania jego kompozycji. Dlaczego? Ten utwór to zmieniające się co kilka taktów rytmy – swingu, funky, bluesa, a Jaff bawił się nieprzytomnie patrząc jak publiczność próbuje choć trochę poruszyć głową we właściwym rytmie. Nie było szansy. Miał sadysta zabawę 😉 Grali ten utwór pierwszy raz, ale ze swadą rutyniarzy.

Branford panuje nad zespołem perfekcyjnie. A to skomentuje basistę, że wszedł na dwa a nie na trzy i zacznie jeszcze raz, a to podkręci mu lekko niedostrojony kontrabas – oczywiście w trakcie gry. A to pogada z perkusistą, coś wyjaśni, uśmiechnie się i już gra dalej. Niezwykła osobowość. Nie showman przecież, a nie mogłam od niego oderwać wzroku. Dali jeden tylko bis – „Two bass hit”, potem jeszcze wyszli, ukłonili się i koniec. I choć sala szalała, oni, konkretni do bólu, nie pojawili się więcej. Ktokolwiek wymyślił, że po nich miał grać Charlie Haden, totalnie się pomylił. Ten koncert – moim zdaniem – to było największe wydarzenie tegorocznych WSJD.

Branford Marsalis Quartet, Warsaw Sumer Jazz Days, 6 lipca 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *