Kultura
Skomentuj

Po drodze do Madison

Trudno się pozbyć porównań z filmem “Co się wydarzyło w Madison County” z genialną Meryl Streep i równie świetnym Clintem Eastwoodem. Historia oparta jest o tą samą powieść Roberta Jamesa Wallera i choć w teatrze pokazać można o wiele mniej niż w konie, sztuka zadziwiająco dobrze się broni. Duże brawa dla reżysera – Grzegorza Warchoła.

W rolach głównych Daniel Olbrychski i Dorota Segda. Ciekawe zestawienie, ciekawe porównania z postaciami stworzonymi w filmie. Segda – moim zdaniem wypada tu lepiej niż Olbrychski, ma ciekawy pomysł na swoją postać, mocno odmienny od pomysłu Meryl Streep. To dobrze, bo unika w ten sposób bezpośrednich porównań. Jej interpretacja jest interesująca. Trochę zastanawia, czy Francesca – kobieta znudzona życiem w stanie Ohio – może być tak filuterna i szczebiocząca jak grana przez Dorotę Segdę, ale jeśli jest Włoszką i jeśli jej temperamentu do końca nie zabiła farma męża, pewnie tak. Z pewnością jest to dobrze zbudowana postać, konsekwentna, wiarygodna, pełna.

Z Robertem – postacią Olbrychskiego – też nie jest źle, choć mam wrażenie, że nie trafiłam na najlepszy dzień aktora. Jakieś drobne pomyłki tekstowe w pierwszym akcie zdecydowanie go rozbijały, rozkojarzyły i blokowały. W drugim akcie był już sobą. Można by powiedzieć, że zakochanego do szaleństwa faceta znacznie prościej zagrać Olbrychskiemu niż Eastwoodowi i to wcale mnie nie dziwi. W drugim akcie Olbrychski dał więc już popis. W całej sztuce zachwyca młodością, to nie do pomyślenia, że aktor ma już prawie 70 lat. Ubrany w dżinsy i proste ciuchy z powodzeniem gra czterdziestolatka.

Historia jest o miłości romantycznej, z natury swojej skazanej na porażkę. Miłość tych dwojga jest piękna, ale jej spełnienie trwa tylko tydzień. Potem dochodzi do głosu rozsądek, obowiązkowość, konsekwencja i wszystkie te słowa, które z romantyzmem nie mają zupełnie nic wspólnego, a na których ponoć buduje się trwałe małżeństwa i udane związki. Para się rozstaje, ale kocha całe życie.

Jedną z genialniejszych w filmie scen była scena na światłach – w pierwszym samochodzie Robert, też za nim, w drugim Francesca z mężem. Walka Franceski z samą sobą, czy wysiąść, czy zostać, kurczowe trzymanie klamki, łzy w oczach. Kompletna obojętność męża, który coś zauważa dopiero po dłuższej chwili. I fantastycznie długo czekający na tych światłach Robert, który też nie potrafi po prostu odjechać. To jest scena wielkiej miłości, choć tych dwoje siedzi w innych samochodach, a jego nawet nie widać. Tej sceny nie dało się pokazać w teatrze, została więc tylko opowiedziana, ale było czuć napięcie, dylemat, rozterkę.

Świetny pomysł na odegranie tej historii poprzez opowiadanie jej w barze przez saksofonistę. Mówi on głosem Piotra Fronczewskiego, ale gra Zbigniew Namysłowski. Przewija się po kolejnych scenach, przypominając delikatnie, że mamy do czynienia z opowieścią. Bardzo dobrze wymyślone. Dało to możliwość opowiedzenia całości z pewnej perspektywy.

Warto się wybrać, nawet jeśli ktoś nie widział filmu, a może zwłaszcza wtedy. Poza dobrą reżyserią i aktorstwem, można też posłuchać „Jesiennych liści” (zwanych martwymi, z francuskiego oryginału, przekonana jednak jestem, że Waller pisząc tę powieść miał w głowie amerykański standard jazzowy, a nie jego pierwotną wersję francuskiej piosenki, zostanę, więc przy liściach jesiennych) w interpretacji i improwizacjach Zbigniewa Namysłowskiego, co jest właściwie wartością samą w sobie.

Po drodze do Madison, Teatr 6. piętro, Warszawa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *