Inne, Powiśle, Restauracje, Śródmieście
Skomentuj

River Cafe

Do „River Cafe” trafiliśmy po poleceniu Macieja Nowaka w stołecznej Wyborczej. Swoją drogą, to dość ciekawe. Gdyby takie stateczki z jedzeniem stały przycumowane do brzegów portów śródziemnomorskich, czy nawet ustawione na rzekach w Amsterdamie, Kopenhadze i innych europejskich stolicach, byłoby w nich mnóstwo ludzi. Turyści kłębiliby się ze wszystkich stron. Każdy chciałby tam jeść, a przynajmniej spróbować. Dlaczego statek na Wiśle nie robi na nas takiego wrażenia? Być może fakt, że Wisła nie kojarzy nam się z rybami, jest jakąś odpowiedzią.

Sprawdzając nowe miejsca na mapie kulinarnej Warszawy, nie przyszłoby mi do głowy wybrać się do River Cafe, stojącego na 514. km Wisły, 500 metrów od Mostu Śląsko – Dąbrowskiego. I byłby to błąd. Bo jedzenie nie jest tu może wybitne – nie podzielam zachwytów Nowaka w tym temacie – ale z pewnością, kilka dobrych, przyzwoicie podanych ryb by mnie ominęło.

Na starter wybrałam trio owoców morza – krewetka, kalmary i kraby. Oczywiście, nie ma tu zupełnie skojarzenia z naszą wodą, nikt chyba nie liczy na to, że z polskiej Wisły czy nawet Bałtyku można byłoby wyjąć krewetkę (chyba, że ktoś ją tam wcześniej celowo wrzucił), ale już samo pobliże jakiejkolwiek wody powoduje, że człowiek bardziej się skłania do owoców morza. Starter bardzo dobry. Niby tradycyjnie podany – krewetka z masłem czosnkowym i pietruszką, kalmary i kraby panierowane i podane z sosem tysiąca wysp, ale jednak czuć rękę profesjonalisty. Krewetka nie wysuszona, kalmary nie gąbczaste, a mięso kraba totalnie zaskakujące, duże, soczyste, bardzo dobre. Warte polecenia.

Drugie dania dzielą się na część „coś z wody” i „coś z lądu”. W drugiej części występują mięsa, ale nie po to się je na statku, żeby zajadać lądowe specjały. Nowak poleca potrawkę z węgorza podawaną w kociołku. Wybiera ją mój kolega i bardzo sobie chwali. Zwłaszcza esencjonalną zupę towarzyszącą daniu. A ja muszę przyznać, że trzy czerwone raki pływające w kociołku mocno zwróciły moją uwagę. Sama jednak poszłam w stronę halibuta z ryżem, warzywami i pysznym, choć gęsto zabielonym sosem.

Nie było to danie dietetyczne w żadnym razie. Halibut jest chyba jedną z najtłustszych ryb. Pocieszam się myśleniem o dobrych kwasach omega i lekkich warzywach towarzyszących. Bardzo dobre. Choć wzlotów nie było. Z drugiej strony – sama tak wybrałam. Porządny polski halibut. W sumie, w restauracjach warszawskich wcale nie jest to dzisiaj standard. Łatwiej znaleźć egzotyczne dorady, piotrosze, czy lotty niż zwykłe polskie ryby. Dlatego warto je docenić.

Deseru nie było, najwyraźniej ta rzeka z deserami nam się nie kojarzyła. Całość restauracji byłaby jeszcze trochę na wyższym poziomie, gdyby zadbano o detale. Niestety nie jest to miejsce bardzo eleganckie. Stoliki na zewnątrz zwykłe drewniane pochodzące od producenta piwa, toaleta lekko rodem z poprzedniej epoki, obsługa miewa wpadki. Jednak warto się tam wybrać, choćby dlatego, że to ciekawy pomysł i znacznie bardziej polski niż liczne śródziemnomorskie, francuskie czy inne jeszcze restauracje stołeczne.

River Cafe, Wybrzeże Gdańskie, 514 km Wisły, 500 m od Mostu Śląsko-Dąbrowskiego, Warszawa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *