Z Chiarą Civello zaprzyjaźnił mnie po raz pierwszy Marek Niedźwiecki. W jednej z jego pięknych smooth jazzowych audycji, jeszcze w Trójce, zabrzmiały którejś soboty powolne, spokojne dźwięki i jej zupełnie bezpretensjonalny głos. Potem zakochałam się w jej pierwszej płycie „Last Quarter Moon”, na której śpiewa a to trochę po włosku, a to po angielsku, zawsze pięknie muzykuje, nigdy nie przesadza. Teraz przyszła pora na „The Space Between”. Przyznaję, że z opóźnieniem, bo płyta jest z 2007 roku. Nie straciła jednak przecież na aktualności, muzyka na niej płynie wolno, lekko się snując, czasami zakręcając i pytając o drogę, ale też bez większych emocji czy strachu przed pogubieniem. Scena: wracam do domu, z bolącym napiętym od stresów karkiem, zrzucam z siebie rzeczy ograniczające ruch swobodny, nalewam sobie lampkę wina, włączam Chiarę i … świat zostawiam za drzwiami. I naprawdę nie ma to znaczenia, że słyszałam już „Skylark” zaśpiewany 700 razy lepiej, ciekawiej, a może nawet, nieskromnie powiedziałabym, że ja go kiedyś lepiej śpiewałam. Nie ma znaczenia. Ani to, że ta płyta jest praktycznie w konstrukcji identyczna do …