Kultura
Skomentuj

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

Kiedy wchodziłam do kina, miałam w głowie tylko jedno – znowu zobaczę mojego ulubionego Philipa Seymoura Hoffmana, aktora, którego cenię ostatnio ponad innych. Za każdym razem, gdy go widzę, od czasu świetnej roli w „Capote”, który to film musiał sobie zresztą sam wyprodukować, jestem poruszona jego kreacją. Niedawno przeżywałam The Savages, teraz wybrałam się na „Before the Devil Knows You’re Dead” czyli „Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”.

Poza Hoffmanem w tym filmie jest jeszcze bardzo dawno przeze mnie niewidziana Marisa Tomei. Jest fantastyczna jak zawsze zresztą. Nie wiem, co jest w tej kobiecie, ale jestem dość pewna, że gdybym była mężczyzną, ona byłaby moim ideałem. I ni chodzi o jej piękne ciało, którego pokaz daje również w tym filmie, chodzi o jakiś rodzaj ekspresji, o jakieś szaleństwo, które jej towarzyszy, przy jednoczesnym zagubieniu i takiej totalnej niemożności radzenia sobie z rzeczywistością. Po prostu kobieta, która potrzebuje pomocy.

Do tej dwójki genialnych aktorów, dobrano jeszcze Ethana Hawke’a. Nie darzę go szczególną sympatią, ale tutaj zagrał bardzo dobrze. Ciężka rola. Musiał się wcielić w tchórza i nieudacznika – poradził sobie bardzo dobrze.

„Nim diabeł …” to zresztą bardzo dobre kino. Niezwykle interesująca fabuła, której nie ma sensu opowiadać, bo cała przyjemność tkwi w odkrywaniu jej w trakcie oglądania, o ile w ogóle w przypadku tego filmu można mówić o przyjemności oglądania. No właśnie. I to jest mój podstawowy zarzut – to niezwykle mroczne kino. W tym filmie tylko na początku jest dobrze, a potem wszystko się wali i jest coraz gorzej. Na końcu jest już prawdziwa grecka tragedia. Przerażająca opowieść.

Kiedy wychodziłam z kina, miałam w głowie tylko jedno – w tym filmie nie było ani jednej pozytywnej postaci. Nikogo. Żadnej nadziei. Żadnego optymizmu. Fatalna historia, fatalny koniec, fatalni bohaterowie i fatalne zakończenie. Czarne widzenie świata. Przed takimi filmami moja natura się broni. Zbyt dużą mam wrażliwość w sobie, żeby wyjść z kina nietknięta takim nastawieniem. Dlatego nie mogę, pomimo Seymoura Hoffmana, tego wieczoru kinowego zaliczyć do udanych. A Was ostrzegam – jeśli chcecie się wybrać – ostrożnie.

W skali od 1 do 10 daję 7.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *