Autorska, Nowe miejsce, Restauracje, Śródmieście
Skomentuj

NOLITA

Od jakiegoś czasu dochodziły mnie słuchy, że Jacek Grochowina jest piekielnie zdolnym szefem kuchni. Ponieważ chwalili go inni szefowie, co zdarza się niezwykle rzadko, postanowiłam sprawdzić, gdzie można ten talent docenić. Napisałam więc maila z pytaniem. Odpowiedź przyszła bardzo szybko, dowiedziałam się, że w planach jest autorska restauracja. To było na początku roku. Już wtedy więc ustawiłam się w kolejce oczekujących na wizytę w pierwszej autorskiej restauracji Jacka Grochowiny. Od tego czasu molestowałam go jeszcze mailami kilkakrotnie, aż tu nagle, na początku listopada okazało się, że plany się precyzują i powstaje NOLITA. Czas oczekiwania na wizytę godny restauracji o kilku gwiazdkach Michelin 🙂

W kilka dni po otwarciu zostajemy zaproszone do NOLITY wraz z Restaurantica.pl. NOLITA to proste wnętrze i proste zewnętrze. Elegancko odnowiony parter kamienicy na Wilczej w kolorze jasno szarym, gustowne czarne markizy z białym logotypem NOLITY. To z zewnątrz. Wnętrze jest równie stylowe i kameralne. Całość zaaranżowana tylko na 40 miejsc. Kolorystyka to biel, czerń i szarość oraz dwa żywo-kolorowe abstrakcyjne obrazy. Przy wejściu uwagę zwraca nagromadzenie szklanych okrągłych lamp. Dominującym elementem tego wnętrza jest jednak kuchnia. Otwarta, przeszklona, całkowicie widoczna dla gości z sali, ozdobiona tylko biało-czarnymi kaflami. Akcent wystroju tego wnętrza został postawiony w dobrym punkcie, to właśnie kuchnia jest tu w roli głównej.

Zostałyśmy ugoszczone kilkunastoma daniami w degustacyjnych porcjach, przeplatanymi jeszcze amuse-bouche. Całość podana w tempie, które umożliwiło zjedzenie wszystkiego z ochotą na jeszcze i bez objawów bólowych. Pierwsze wrażenie – niezwykła dbałość o drobiazgi. Kiedy zaczynamy jeść i pojawiają się kolejne talerze, inne elementy zastawy, a przede wszystkim misternie ułożone konstrukcje dań, jest już dla mnie jasne, że Jacek Grochowina jest perfekcjonistą.

Zaczynamy od pieczywa, oczywiście własnej produkcji. Do niego masło, podane w krążkach na bryle soli. Pierwsze amuse-bouche. Na start wchodzą Razor clams –małże „brzytwy”. Prosto przygotowane tylko z białym winem, czosnkiem i pietruszką, bo same są tak widowiskowe, że więcej nie trzeba. Bardzo mocny start.

Potem przechodzimy przez serię przystawek. Karczochy w emulsji szafranowej (39zł), Tatar z polędwicy wołowej, creme fraiche, kawior łososiowy (47zł) – pyszny, ułożony na czarnej kamiennej podstawce, Krem z dyni piżmowej (25zł) – w formie degustacyjnej dostajemy go w małej przezroczystej buteleczce ze słomką, Baby kalmary, kawior z bakłażana, marynowane pomidorki (37zł) – podane dla odmiany w srebrzystej puszce … jak konserwa.

Z przystawek duże wrażenie robią na mnie Małże św. Jakuba z selerem i sepią (33zł), bo to tylko jeden przegrzebek i dwie krople musu selerowego i musu selerowego barwionego atramentem z sepii, trzy pestki granatu dla dekoracji, a jest to piękne i pyszne.

Hitem jest dla mnie Carpaccio z sarny z żurawiną (45zł). Po prostu surowe mięso sarny? No teoretycznie tak, ale do niego jeszcze puder ziołowy, odrobina musu z żurawiny, puder z pumpernikla i kilka orzeszków. Przygotowanie dodatków zajęło pewnie długie godziny, wszystko tylko po to, żeby posypać sarninę. Mistrzostwo.

Na zmianę smaku przed daniami głównymi dostajemy Sorbet z aronii. Oczywiście aronia z ogródka Jacka Grochowiny. Żeby przygotować z niej sorbet potrzeba kilkunastu godzin, a na końcu podaje się to gościowi na zmianę smaku. Zaczynacie sobie powoli wyobrażać z jakim poziomem kuchni mamy tu do czynienia?

Obydwa dania główne kładą na kolana i zmuszają do pokory przed talentem szefa, ale też przed jego starannością w prezentacji. Najpierw wchodzi Pieczony w miso filet z halibuta, zielona fasolka, czerwony ryż (89zł). Kawałeczek halibuta, jędrny i soczysty, podany z fasolką na czarnej kamiennej podstawie, a czerwony ryż podany obok w maleńkim tygielku, również w czarnym kolorze. Restaurantica dostała tygielek w kolorze białym. Nie tylko wygląd powodował nasz zachwyt. Mała wariacja na temat kuchni japońskiej. Charakterystyczny słodkawo-słonawy smak miso nadaje halibutowi charakteru, a czerwony ryż komponuje się tu idealnie, nie tylko kolorystycznie.

Wielka kulminacja tej uczty to Stek Rossini z foie gras i czarną truflą, kremowe ziemniaki (97zł). To takie danie, przy którym naprawdę słyszy się muzykę Rossiniego po pierwszych kęsach. Mięciuteńka polędwica, wytworne foie gras i jeszcze wytworniejsze płatki pachnącej czarnej trufli. Do tego maślane puree ziemniaczane, tym razem w czerwonym garnuszku ceramicznym… Podniosłość, elegancja i smak, który chce się zatrzymać na podniebieniu na zawsze.

Po tym daniu, nie chcę już niczego. Chcę stąd wyjść mając w głowie tylko ten smak. Na szczęście to koniec dań głównych. Przede mną jeszcze tylko Deser kokosowy. W łupinie orzecha kokosowego słodki mus kokosowy, poniżej sorbet kokosowy, a na dnie radosne kuleczki tapioki. Nie mam już siły jeść, ale ten deser jest naprawdę świetny.

Jacek Grochowina gotuje od kilkunastu lat. Dla kuchni porzucił studia ekonomiczne. Spędził pięć lat w londyńskim hotelu Ritz, dla tej pracy odrzucił ofertę słynnego Marco Pierre White’a. Opowiada, co smakowało mu u Alaina Ducassa, jak zachwyca się Joelem Robuchonem i jak odwiedzając restauracje nagrodzone gwiazdkami Michelin wielokrotnie nie czuł się w nich dobrze. Zrobił więc wszystko, żeby NOLITA nie była miejscem sztywnym. I nie jest. Stworzył dzieło doskonałe, niezwykle świadome i zaawansowane w każdym najdrobniejszym szczególe. Ceny nie są tu niskie, ale kolacją tutaj sprawicie bezcenną radość swoim zmysłom.

NOLITA, ul. Wilcza 46, Warszawa

Równoległy opis wizyty, znajdziecie na Restaurantica.pl, a po więcej zdjęć zapraszam na fanpage Frobloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *