Kultura
Skomentuj

Herbie Hancock Sekstet w Filharmonii Narodowej

Kiedy przyjeżdża do Warszawy taki mistrz jazzu jak Herbie Hancock, nie ma co się zastanawiać, czy iść, czy nie. Nie ma co analizować, czy jest się największym jego fanem, czy trochę mniejszym, po prostu trzeba iść. Skarżyłam się kiedyś na ceny biletów na koncerty jazzowe i rozważałam, co mogłabym za to mieć. Wtedy ktoś mnie zapytał, dlaczego na nie chodzę, dlaczego nie zrezygnuję i nie kupię sobie kolejnej sukienki, czy luksusowej apaszki. Otóż będę płacić po 200 zł za bilet głównie dlatego, że takich przeżyć, emocji i wrażeń nikt mi nie odbierze. Zostaną moje już na zawsze. Wszystko to, co odczuwam podczas jednego czy drugiego solo muzyków, pozostaje we mnie na zawsze i tworzy mnie taką, jak jestem. Wzbogaca. Tak było też z tym koncertem.

Bardziej od Herbiego interesował mnie Terence Blanchard. Fantastycznie uzdolniony trębacz jazzowy. Kiedy usłyszałam go po raz pierwszy na ścieżce dźwiękowej do filmu „Mo’ Better Blues” Spike’a Lee, oszalałam. „Mo’ Better Blues” to zresztą jedyny utwór, który zapamiętałam bezbłędnie po pierwszym przesłuchaniu. Do dziś potrafię powtórzyć melodię, choć naprawdę znam ją wyłącznie z tego filmu, a widziałam go może z 3 razy. Niewiarygodne i niezapomniane odczucie.

Terence Blanchard jest trębaczem o własnym, niepowtarzalnym brzmieniu. Często występuje w roli kompozytora, często nagrywa muzykę filmową. Jest liderem własnego bandu. I cały ten jego naprawdę spory dorobek nie przeszkadza mu stanąć u boku Herbiego Hancocka i zagrać z nim trasy. Za to mam dla niego ogromny szacunek.

Koncert zespołu Herbiego trwał prawie 3 godziny i był bardzo nierówny. Na pewno nie było ciągle takich szaleństw i takiego showmaństwa jak na niedawno opisywanym przeze mnie Sandovalu. To jednak był popis skromności. Herbie wychodził do publiki, rozmawiał z nią, opowiadał historie, żartował, chwalił każdego ze swoich muzyków, żadnemu nie śmiał sugerować jak ma grać, żadnego nie instruował, po prostu wierząc w ich wielkość, pozwolił im robić swoje. Momentami wychodziło to znakomicie. W trakcie solówek lidera czy Blancharda, niezwykle emocjonalnych, niezwykle dynamicznych, szalonych momentami, sala szalała. Znacznie gorzej radził sobie – jedyny zresztą biały człowiek w tym towarzystwie – Gregoire Maret na harmonijce ustnej. Choć samo zestawienie trąbki i harmonijki ustnej w brzmieniu było niezwykle interesujące i tu brawa dla Herbiego za pomysł.

Trzeba pamiętać, że Hancock to legenda jazzu, gigant fortepianu i syntezatorów. Jeden z tych wielkich, którzy grywali regularnie i na równych warunkach z Milesem. Jeden z tych, który stworzył mnóstwo standardów, a jego największe przeboje znane są nawet laikom, choć często nie znają ich autora i tytułów, z pewnością rozpoznają melodię. Dlatego ukłony dla mistrza i gdzie mi do oceniania jego występów.

Mogę tylko powiedzieć, że trudniej mi znacznie było odbierać entuzjastycznie takie kompozycje jak „Seventeens” wybijane na 17 – jak zażartował Herbie – „to o 13 więcej niż klasyczny beat na 4”. Ale kiedy pod koniec, po 2 godzinach, panowie zagrali Watermelon Man – jeden z największych przebojów Herbiego, już nikt nie został obojętny na sali.

Całość koncertu muzycy podsumowali szalonym „Chameleon” na bis granym w świetnym dynamicznym tempie i o wiele lepiej wychodzącym w zestawieniu z trąbką niż samym saksofonem (jak to w oryginale było). Publiczność oszalała, owacje były na stojąco, 3 godziny okazały się zbyt krótkie, żeby nasłuchać się Herbiego, ale wystarczające, by uświadomić sobie, że warto było pójść. Zdecydowanie warto.

Herbie Hancock, 1.12.2008, Filharmonia Narodowa w Warszawie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *