Wszystkie wpisy z: Kultura

New York, I love you

Oglądam sobie, korzystając z wakacji i nieco większej ilości wolnego czasu, różne filmy. Przeważnie wybieram kino Oscarowe, zwłaszcza takie, którego nie dorwałam w kinach lub które do kin po prostu nie weszło. Ale czasami, żeby nie popaść w totalny zachwyt i nie powystawiać tu samych 8 i 9 w ocenach, zabieram się za coś z natury swojej lżejszego. Często są to komedie romantyczne, a często po prostu jakieś zwykłe kino – nazwijmy je – obyczajowe. W taki sposób, w poszukiwaniu czegoś lekkiego przed snem, znalazłam „New York, I love you”. To kilka opowieści, splatających się jednym tylko punktem wspólnym – miejscem akcji – Nowym Jorkiem. Te kilka opowieści nakręciło kilku reżyserów. Mira Nair, Fatih Akin, Brett Ratner, Allen Hughes oraz debiutująca w roli reżysera Natalie Portman. Trochę to wszystko pachnie walentynkowym kinem, ale w dobrym tonie i stylu. Większość historii oczywiście koncentruje się na miłości w różnych wydaniach, zawsze w Nowym Jorku. Nie ma tu może wybitnych osiągnięć. Aktorzy, choć to często bardzo znane nazwiska, zagrali z dużym luzem. Historie, które zrobiły na mnie największe …

Tomasz Stańko DESPERADO

Zwykle, kiedy czyta się tak rockandrollowe historie, otoczone szalonym stylem życia, zanurzone w narkotykach i haju, zwykle wtedy koniec jest tragiczny. Być może dlatego tak zadziwiająca jest historia Tomasza Stańki, który nie oszczędzał się w życiu, choć do wszystkich używek miał dość mocny dystans i jeśli tylko stawały w sprzeczności z muzyką – nie miały już szans. Jakby ona była najwyższym stopniem uzależnienia, który nie znosi konkurencji i dość bezlitośnie ją zwalcza. „Raz nawet grałem po LSD, w „Remoncie”. Ciężko było, bo trąba mi się wydłużała, nie miałem kontroli, dlatego niespecjalnie to lubiłem. Nie odpowiadała mi specyfika psychodelików, halucynacje, odkształcanie przestrzeni.” Stańko wciąga czytelnika w swój świat. To świat dość pasjonujący, bardzo ekscentryczny. Świat opisywany specyficznym językiem, w którym trąbka to „trąba”, dobry muzyk to „zdolny cat”, a jeśli ktoś naprawdę zachwyca, może się narazić na sformułowanie „Ten Smolik to motherfucker”. Całość przeplatana jest wielką urodą słowa Stańki, wielką pasją muzyczną oczywiście, ale też zainteresowaniami innymi rodzajami sztuki – literaturą, malarstwem, czy rzeźbą. Choć książka ma ponad 500 stron, czyta się to niesamowicie. Kobiety przeplatają …

Incepcja

Jestem pod wrażeniem. Incepcja jest z pewnością kinem dla wymagającego odbiorcy. Nie wystarczy usiąść w kinie i się rozluźnić. Trzeba właśnie się spiąć. Choćby odrobinę. Zwrócić uwagę na drobiazgi, szczegóły, wyostrzyć zmysły i intelekt. Ale jeśli to wszystko zrobimy, kino odwdzięczy nam się z nawiązką. Ekstrakcja i incepcja to dwa pojęcia, na których opiera się film. Jeden i drugi proces odbywa się poprzez sen. W związku z tym, w samym filmie mamy do czynienia z rzeczywistością prawdziwą i rzeczywistością snu. Kiedy sprawy się komplikują i wymagają przejścia w głębsze poziomy podświadomości, mamy też do czynienia ze snem we śnie. Tych poziomów zagłębienia jest kilka, a widz faktycznie musi się skupić, żeby nie pogubić w całości akcji. Zwykle nie lubię filmów nierealnych, nie jestem zwolennikiem ani s-f ani fantasy. Jeśli już wybieram jakieś kino tego rodzaju, naprawdę musi to być wyjątkowa okazja. I tak jest w tym przypadku. Incepcja jest zdecydowanie premierą lata, jeśli nie premierą tego roku. Kilka zupełnie nierzeczywistych scen zrobiło nawet na mnie piekielne wrażenie. Pierwsze wyjaśnianie procesu incepcji nowej uczestniczce programu, przyjęłam …

Poluzjanci Druga Płyta

Długo zwlekałam z tym opisem. Płytę mam od daty premiery, więc kilka miesięcy, ale chciałam nabrać dystansu, opisać ten krążek z perspektywy profesjonalnego zdystansowanego recenzenta, a nie szalejącej fanki. Myślę jednak, że po kilku miesiącach słuchania Drugiej Płyty Poluzjantów niewiele w moim podejściu się zmieniło. Znam wprawdzie każdą nutę i każdy fragment tekstu na pamięć, ale większość utworów budzi we mnie dokładnie taki sam entuzjazm jak na początku. Zespół Poluzjanci to duża ciekawostka na polskich rynku muzycznym. Jestem głęboko przekonana, że gdyby panowie choć odrobinę bardziej chcieli zrobić karierę jako zespół, nie byłoby z tym najmniejszego problemu. Problem jednak jest i tkwi w zupełnie innym miejscu. Każdy z Poluzjantów to wybitny muzyk sesyjny, a wokalista zaangażowany jest jednocześnie przynajmniej w kilka projektów muzycznych. To dziwna konfiguracja i dość niespotykana na rynku. Dlatego zespół raczy swoich fanów rzadkimi koncertami i jeszcze rzadszymi płytami. Druga Płyta powstała po kilku latach milczenia. Cała ta sytuacja sugeruje, że Poluzjanci to bardziej projekt niż trwały jednolity twór muzyczny. Publiczność natomiast odbiera to sporadyczne dozowanie artystycznej obecności muzyków jak towar deficytowy …

Sting „Symphonicities”

Zastanawia mnie od dłuższego czasu, co by było, gdyby saksofonowa solówka Branforda Marsalisa z pierwszej niezapomniane wersji „Englishman in New York”, nie była jego solówką. Gdyby to w oryginale nagrał ktoś inny na jakimś innym instrumencie, czy taka pierwsza wersja scaliłaby się z tym utworem tak nierozłącznie, jak ta Marsalisowa? Nie wiem. Wiem natomiast, że tej pierwszej solówce nie podołała dotychczas ani trąbka Chrisa Bottiego ani klarnet Aarona Heicka, występującego na najnowszej płycie Stinga „Symphonicities”. Płyta ta cała jest jakby dowodem na to, że można grać rockowe utwory w pierwotnych aranżacjach z pomocą instrumentów muzyki klasycznej. To bardzo ciekawe osiągnięcie, Sting praktycznie nie sili się na nowe interpretacje – być może faktycznie zmienił Roxanne, ale to wszystko – pozostaje wierny ich pierwotnym wersjom. Z tym, że zmienia się brzmienie. Gitary zastępowane są przez instrumenty smyczkowe, a czasami przez sekcję dętą. Ciekawy efekt. Od pewnego czasu przyglądam się, a właściwie przysłuchuję, rozwojowi muzycznemu Stinga. Wystartował z pozycji rockmana, przechodził przez jazz, grywał country, a od dwóch płyt sięgnął poziomu muzyki klasycznej. To trochę jak nieuleczalny flirciarz, …

Plan B (Back-Up Plan)

Czasami mam wrażenie, że moja determinacja w poszukiwaniu zabawnych i inteligentnych komedii romantycznych, wykończy i mnie i wszystkich czytelników tego bloga. No dobrze, być może spodziewając się „inteligentnych” dialogów niekoniecznie powinnam była sięgać po słynny „powrót J Lo”, ale liczyłam choćby na odrobinę klimatu i kilka sprawnych, w miarę szybkich i zabawnych dialogów. No i nic. Nic z tego. Plan B to kolejna komedia, która komedią nie jest, bo najzwyczajniej nie bawi. Na dodatek – i naprawdę nie wiem, kto to wymyślił, ale niech zostanie potępiony na zawsze – pojawiają się elementy odrażające, żenujące, bo po prostu niesmaczne do bólu. Sceny z ohydnym pożeraniem gulaszu, odrażającym porodem, czy innymi jeszcze obleśnymi elementami, których nie opiszę jednak, bo być może ktoś z Was miałby ochotę pomimo tej (i nie tylko tej) krytyki film obejrzeć. Trzeba przyznać, że już temat jest ciężki i naprawdę nie wiem, czy odpowiedni na komedię, która z natury swojej ma być lekka, łatwa i przyjemna. Nie jest to przecież komedia z żadną puentą, nie miała powodować przemyśleń, zmuszać do refleksji. Po co …

The Ugly Truth (Brzydka prawda)

Z kronikarskiego obowiązku. Ponieważ jestem fanką komedii romantycznych i ciągle poszukuję czegoś, choć w 10% równie zabawnego i inteligentnego jak „Love Actually”, właśnie dlatego poddaję się beznadziejnemu procesowi oglądania dużej liczby komedii tego typu, które raz po raz mnie rozczarowują. I choć dawno już powinnam przestać, oszczędzając swój czas i cierpliwość moich czytelników, niestety podjęłam kolejną próbę. „Brzydka prawda”. Uwielbiam Grey’s Anatomy i wszystkim aktorom tego serialu daję dużą przewagę już na starcie, więc Katherine Heigl miała spory kredyt początkowy. Niestety. „Brzydka prawda” nie wyróżnia się absolutnie niczym. Historyjka jest banalna i przewidywalna od samego początku, żarty są mało śmieszne, a aktorzy grają tak sobie. Nie ma w tym filmie niczego, co byłoby godne zapamiętania, no może tylko jedna scena orgazmu w restauracji, która jednak jest aż tak mocnym nawiązaniem do słynnego udawania orgazmu przez Meg Ryan, że zastanawiałabym się nawet, czy to nie powtórka z rozrywki … W skali od 1 do 10 daję 4   Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek …

Precious

Genialne kino. Po prostu fantastyczne. Nie dość, że historia jest znakomita, to jeszcze wszystko jest świetnie zagrane, wyreżyserowane, dobrze zmontowane i wyprodukowane. Po prostu całość rewelacyjna. Wszystkie nominacje do Oscarów i dwie wygrane nagrody – za drugoplanową rolę żeńską i scenariusz adaptowany – całkowicie zasłużone. Przerażająca historia 16-letniej czarnoskórej dziewczyny o imieniu Precious. Jej życie jest pasmem udręk. Ojciec ją gwałci, jest z nim już w drugiej ciąży, matka nie tylko nie robi w tej sprawie nic, ale jeszcze dokłada swoje. Dziewczyna ledwo rozpoznaje litery, ma za to wyobraźnię i niespotykaną wolę istnienia. W najgorszych momentach w myślach odgrywa rolę gwiazdy występującej w świetle fleszy. Ostatecznie trafia do szkoły dla problematycznych nastolatków, a także do opieki społecznej. Jedna i druga wywiera wpływ na jej życie, ale dokładnie w momentach oczekiwania klasycznego hollywoodzkiego happy-endu, historia znowu kopie bezbronną Precious. Oglądałam to ze łzami w oczach. Niezwykle przejmujący obraz ludzi, którzy naprawdę nie mają szans. I choć system pomocy społecznej w którymś momencie w końcu jednak się nimi interesuje, w wielu przypadkach bywa po prostu za późno. …

Albert Schoech Pinot Gris Alzacja 2008

Pinot gris to podstawowy szczep Alzacji, stanowi ponoć ok. 15% wszystkich upraw. W tym regionie pinot gris, znane też jako pinot grigio we Włoszech, nazywano jeszcze dawno Tokay d’Alsace, choć w rzeczywistości nie ma ono niczego z Tokajem wspólnego. Ta nazwa jednak ogromnie mi pasuje do wina, które można kupić na półkach winnych w Eleclerc. Albert Schoech Pinot Gris Alzacja 2008. Pasuje tylko w kontekście skojarzenia z podłymi Tokajami, kupowanymi za starych niedobrych czasów na stacji beznynowej, bo z tymi wieloputtonowymi, gatunkowymi, nie ma naprawdę nic wspólnego. Wiem, jak może smakować dobre pinot gris, czy dobre pinot grigio. Piłam kilkakrotnie, mam w pamięci ten smak. To wino jest natomiast prawie słodkie. Ale to nie jest taka niska kwasowość, jak niektóre moje ulubione Gewurtraminery, to jest zwykła pospolita nieelegancka słodycz. Omijajcie to wino szerokim łukiem. zapisuję je tutaj tylko po to, żeby pamiętać i więcej już go nigdy nie kupić. W skali od 1 do 10 daję 3   Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w …

Wenecja

Kolskiego się lubi albo nie. Nie znam nikogo, komu jego twórczość byłaby obojętna. Zwykle ma albo wielkich zwolenników albo wielkich przeciwników. Wenecja idealnie wpisuje się w jego klasyczny styl, z tą tylko różnicą, że traktuje o wojnie. Z zasady nie oglądam filmów o wojnie, chronicznie nienawidzę tego typu dzieł, nie mogę się przemóc, przy scenach wojennych albo odwracam wzrok albo w ogóle wychodzę. Z tego powodu nie widziałam kilku naprawdę wybitnych – w opinii krytyków i zaufanych znajomych – filmów. Trudno. Ale właśnie dlatego, szczególnie doceniam pokazywanie tematu wojennego w sposób taki, jak u Kolskiego. Poetyka. To jest chyba słowo-hasło do całej twórczości tego reżysera. Wszystko jest opowiedziane w jakichś niesamowitych okolicznościach, bohaterowie dostają prawo do swoich małych lub dużych dziwactw, nabierają praktycznie niemożliwych cech. Można byłoby zapytać – czy i gdzie ludzie się tak zachowują w rzeczywistości? Ale czy na pewno o tym wiemy, jak kto się zachowuje i kiedy? A nawet jeśli nie, to kto powiedział, że film ma odzwierciedlać rzeczywistość? U Kolskiego bywa różnie. Film opowiada historię młodego chłopca, który marzy o …