Strasznie zaniedbałam bloga ostatnio, przyznaję. Sporo się działo, a potem pojechałam na krótkie wakacje, ale pomiędzy tym wszystkim naprawdę zbierałam nowe tematy do opisania tutaj. I dzisiaj wracam pierwszym – film A Single Man Toma Forda. Gdybym tak bardzo nie uwielbiała Jeffa Bridgesa, powiedziałabym, że Oscar w pełni należał się Colinowi Firthowi. Świetna rola, naprawdę znakomita. Firth gra osamotnionego po śmierci swojego wieloletniego partnera profesora literatury. Jest w depresji, ma dosyć życia, tęskni, podejmuje pewną decyzję z zamiarem wykonania wieczorem, ale wydarzenia dnia powodują, że zmienia plany … Już samo oglądanie Colina Firtha w roli geja jest szokujące, to przecież aktor, który zagrał nieskończoną liczbę ról podrywaczy, klasycznych amantów. Ta postać jest więc zupełnie inna w jego wykonaniu. Ale też nie miałam chyba nigdy wątpliwości, co do tego, że Colin Firth ma niesamowity, nieczęsto przez reżyserów wykorzystywany, potencjał. Mam nadzieję, że teraz otworzą się przed nim możliwości grania nieco ciekawszych postaci. Wobec całości filmu mam mieszane uczucia. Temat faktycznie jest ciekawy i fabuła, choć zbudowana wokół jednego tylko dnia z kilkoma retrospekcjami, trzyma w napięciu. …