Wszystkie wpisy z: Kultura

Poważny Człowiek (A Serious Man)

Będzie krótko. Nie zamierzam sobie zawracać głowy tym filmem ani chwili dłużej. Najkrótsza recenzja z możliwych: CZY COENOWIE STRACILI POCZUCIE HUMORU??? W skali od 1 do 10 daję 3 za wielkie rozczarowanie   Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

A Single Man (Samotny Mężczyzna)

Strasznie zaniedbałam bloga ostatnio, przyznaję. Sporo się działo, a potem pojechałam na krótkie wakacje, ale pomiędzy tym wszystkim naprawdę zbierałam nowe tematy do opisania tutaj. I dzisiaj wracam pierwszym – film A Single Man Toma Forda. Gdybym tak bardzo nie uwielbiała Jeffa Bridgesa, powiedziałabym, że Oscar w pełni należał się Colinowi Firthowi. Świetna rola, naprawdę znakomita. Firth gra osamotnionego po śmierci swojego wieloletniego partnera profesora literatury. Jest w depresji, ma dosyć życia, tęskni, podejmuje pewną decyzję z zamiarem wykonania wieczorem, ale wydarzenia dnia powodują, że zmienia plany … Już samo oglądanie Colina Firtha w roli geja jest szokujące, to przecież aktor, który zagrał nieskończoną liczbę ról podrywaczy, klasycznych amantów. Ta postać jest więc zupełnie inna w jego wykonaniu. Ale też nie miałam chyba nigdy wątpliwości, co do tego, że Colin Firth ma niesamowity, nieczęsto przez reżyserów wykorzystywany, potencjał. Mam nadzieję, że teraz otworzą się przed nim możliwości grania nieco ciekawszych postaci. Wobec całości filmu mam mieszane uczucia. Temat faktycznie jest ciekawy i fabuła, choć zbudowana wokół jednego tylko dnia z kilkoma retrospekcjami, trzyma w napięciu. …

Crazy Heart

Będzie kilka zdań o wzruszeniach. Bo takich niewątpliwie przysporzył mi ten film. Miałam mieszane uczucia, nie bardzo wiedziałam, czy chcę to oglądać. Z jednej strony okropnie ckliwy tytuł, pasujący raczej do komedii romantycznej, do tego muzyka country, której nie trawię praktycznie w ogóle. Z drugiej strony jednak mój ulubiony Jeff Bridges i oscarowa rola, a – choć nie typowałam w tym roku wygranych – w dalszym ciągu przywiązuję do tych nagród dużą wagę. Poszłam i nie pomyliłam się. Bridges jest znakomity, jest po prostu taki, jak powinien być. Wiem, że role – nazwijmy to delikatnie – zaniedbanych mężczyzn przychodzą mu z dużą łatwością, ale tu jest o alkoholiku i to takim już prawie na dnie. Bardzo przekonywujący, dość mocno zagrany. Świetny. Bardzo dobra jest też partnerująca mu Maggie Gyllenhaal. Delikatna, pogubiona, śliczna, subtelna i bardzo potrzebująca pomocy. Świetnie zagrana postać. Nawet ja miałam ochotę ją przytulić 😉 Country w tym filmie nie jest bolesne, co uważam za jeden z większych sukcesów. To raczej ballady country, przypominające czasem nawet bluesowe brzmienia. Momentami to nawet ładna muzyka. …

Millennium

Podtytuł “Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” nie zachęcił mnie do czytania tej powieści z pewnością. Nie lubię takich tytułów, nie kojarzą mi się dobrze. Nigdy nie sięgnęłabym do tej książki, gdyby nie polecenie znajomych. Przyznaję, czytam ostatnio mało, bardzo mało i stanowczo za mało. Jeśli więc decyduję się na 600 stron czegoś, to już naprawdę muszę wierzyć, że jest po co. Nie ma co dywagować, Millenium to światowy bestseller. I wcale mnie to nie dziwi. Jest świetnie napisane. W takim sensie, że przez 600 stron praktycznie trudno się oderwać. Połknęłam to w 2 dni. Owszem, były to dwa wolne dni, ale kiedy ja ostatnio tak bardzo znikłam z książką na weekend? Nie pamiętam. Całość wciąga mniej więcej już od 50tej strony. Owszem, powieść jest kryminalna i może nie jest to literatura najwyższych lotów, ale jest mocno przykuwająca uwagę, mocno angażująca. Mówiłam to już pewnie wielokrotnie, ale jeśli coś jest w stanie zmienić moje myśli, przenieść mnie w inną rzeczywistość, pochłonąć, zaangażować, to odbieram to jako wartość. Ta książka zdecydowanie ma tę właściwość. Przede mną jeszcze dwa …

Whatever works (Co nas kręci, co nas podnieca)

Niezawodność. To główna cecha Woody’ego Allena. Jestem pod wielkim wrażeniem jego osoby i twórczości. Idę do kina, wiem, czego się spodziewać i nigdy jeszcze się nie zawiodłam. Bywa nieco lepiej i nieco gorzej, czasem lekko w górę czasem lekko w dół, ale zawsze bardzo, bardzo dobrze. Podobnie jest tym razem. Moim zdaniem, „Whatever works” to fala wznosząca. Sam zabieg bohatera mówiącego do kinomanów nie jest szczególnie nowy, ale u Borysa cecha ta jest szczególnie zabawna. Nikt mu nie wierzy, słynie bowiem z czarnowidztwa, pesymizmu, sarkazmu i ogólnie niezbyt pozytywnych, acz wymagających niebanalnej inteligencji cech. Borys jest bowiem geniuszem. Sam tak o sobie mówi i przyznają to jego przyjaciele. Postać – jak się pewnie domyślacie – zbudowana o cechy głównego bohatera allenowskiego, czyli standardowo mówi jak Woody Allen, jest też hipochondrykiem i lekką ofiarą życiową. Jest też jak zwykle zabawny. Podobnie jak i cały film, w którym wyśmiewane są streotypy, banały, chrześcijaństwo, standardowe damsko-męskie role życiowe i mnóstwo jeszcze innych tematów. Wyśmiewane są w wyjątkowo udany sposób. Muszę przyznać, że scena wkroczenia do mieszkania Borysa ojca …

Krystyna Janda „Piosenki z teatru”

To bardzo ciekawe wydarzenie. Krystyna Janda śpiewająca piosenki z trzech przedstawień – „Białej Bluzki” Agnieszki Osieckiej, “Kobiety zawiedzionej” Simone de Beauvoir i “Marlena” Pam Gems. „Śpiewająca” to jest dla Krystyny Jandy ciekawe określenie. Przecież sama przyznaje, że śpiewać nie do końca potrafi. I faktycznie ma rację. Dźwięki wydobywa albo krzykiem albo cichuteńkim głosikiem na mocnym przydechu. Są takie nuty, które – mimo że tak wskazuje linia melodyczna – nigdy nie zostaną przez nią osiągnięte. Zawsze są zagrane, ograne, zinterpretowane, po prostu inne niż zaśpiewane. Ale co tam. To właśnie jest jej moc. To jest jej profesjonalizm. Urok. Janda gra przecież, a nie śpiewa, a może właściwie gra śpiewanie. Jeśli pamiętacie (Bo ja jestem, proszę pana,) „Na zakręcie”, która to piosenka jest jedną z najpopularniejszych z „Białej Bluzki”, to wiecie, o czym mówię. Śpiewających aktorek jest mnóstwo, śpiewających nawet w miarę dobrze, ale np. histerycznie interpretujących. Ja sama jestem wielkim wrogiem tzw. piosenki aktorskiej, bo zwykle oznacza ona właśnie brak umiejętności śpiewania. No ale to jest Janda. I ona tak gra, że człowiek prawie już wierzy, …

Traviata w Operze Narodowej

Wielkie wydarzenie. Premiera kolejnego spektaklu Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim. Niezwykle głośna premiera. Bardzo mocno nagłaśniana medialnie. Na sali same gwiazdy. Nigdy w życiu nie widziałam takiej liczby sławnych ludzi. Profesor Balcerowicz, poseł Palikot, Janusz Głowacki, Daniel Passent, Profesor Bralczyk i wielu, wielu innych. Dla mnie, najważniejszym powodem, żeby się wybrać tego dnia do Opery Narodowej, była Aleksandra Kurzak. Po raz pierwszy usłyszałam ją w Rigolettcie prawie rok temu i oniemiałam. Przepięknie wyśpiewywane koloratury i absolutnie cudny głos. Niekoniecznie bardzo mocny, ale po prostu śliczny. Tutaj, w Traviacie, swoją interpretacją doprowadziła mnie do łez. Jakkolwiek to brzmi, nie zdarza mi się przecież często płakać ani na filmach ani w operze. Wielokrotne ciarki, szczególnie w pianach przecudnie wyśpiewywanych przez Kurzak. Zdecydowanie tego wieczoru była sprawcą moich głębokich wzruszeń. Znakomicie brzmiała zwłaszcza w duecie z Andrzejem Dobberem, kolejną wielką gwiazdą tej inscenizacji. Ich wspólne arie to absolutna klasa światowa śpiewu operowego. Poza głosami, oczywiście inscenizacja Trelińskiego robi mocne wrażenie. Ten reżyser po prostu tak ma. Musi łamać konwenanse, musi szokować, musi być o nim głośno. Jeździła więc …

Autor widmo (The Ghost Writer)

Zastanawiam się, czy Polański samodzielnie wybierając polski tytuł swojego filmu, miał takie zaufanie do tłumaczy tytułów, jak ja 😉 Żartuję, ale mam bardzo dobry humor po tym filmie. Nie dlatego, żeby to była komedia oczywiście. Nie. Dlatego, że Roman Polański pokazał wszystkim na czym polega jego klasa. Zrobił bardzo dobry film, dając – po dłuższym czasie rozmowy na jego temat w kontekstach nie-filmowych – powód do rozmów filmowych. I tak sztuka wyszła z tego wszystkiego zwycięsko. Autor widmo to kino, w trakcie którego widz się nie nudzi ani przez moment. Ciągle kombinuje i ciągle jest zwodzony przez reżysera, który tak rozgrywa akcję, żeby nic nie było jasne. Filmowi towarzyszy napięcie. Teoretycznie wiemy, że stanie się coś niedobrego, tylko nie wiemy, w którym momencie. Pod tym względem trochę przypomina Match Point Woody’ego Allena, gdzie przez cały seans widzowie zastanawiają się, czy kara będzie, czy zbrodnia ujdzie bohaterowi na sucho. Aktorzy są absolutnie świetni. Ewan McGregor jest absolutnie idealnym autorem widmo. Jest prawie niewidoczny, nie charakterystyczny, ot taki sobie średniak piszący pod cudzymi nazwiskami, bo swojego mu …

Lunate Fiano Sycylia 2008

Czasami potrzebna jest odmiana. Dla mnie oznaczała – zmienić sklep i szczep. Pozostałam przy białym kolorze wina i przy hasłowej mineralności. Oczekiwałam propozycji i choć budżetowo ograniczyłam zdecydowanie możliwości, zaproponowano mi Lunate Fiano z Sycylii. Szczepu fiano, jak się okazało uprawianego już w czasach rzymskich, nie znałam w ogóle. Zdanie dystrybutorów o winie: „Sycylijska ciekawostka – Fiano to szczep, który łączy w sobie cechy gron zarówno południowych, jak i północnych. Mamy tu więc tłustość podobną do sycylijskiego Chardonnay, ale też nutę mineralną spotykaną w pinot grigio czy bianco. Całość jest rześka i owocowa, co czyni wino uniwersalnym kompanem różnorodnych potraw, od grillowanych ryb, do drobiu w jasnych sosach.” Nie wpadłam w zachwyt, nie zyskałam nowego zaprzyjaźnionego szczepu po próbach tego wina. Nie porwało mnie kompletnie. Może zbyt dużo w nim Chardonnay 🙂 Żartuję, ale było dla mnie zbyt męczące, zwłaszcza w końcowych, mocno owocowych nutach, Zdecydowanie nie moja bajka. Z przyjemnością więc wróciłam do standardów Carmenowego Gewurztraminera, ale choćby po to, by docenić to, co lubię najbardziej, warto czasem zachować się odmiennie. Lunate Fiano Sycylia …

Bez mojej zgody („My Sister’s Keeper”)

Jest tylko jedna rzecz pozytywna, którą mogę powiedzieć po obejrzeniu tego filmu. Dobrze, że nie poszłam na to do kina. Bardzo mi szkoda tematu, który przecież jest ciekawy i mógł być naprawdę dobrze przedstawiony. Bardzo wielowymiarowy, bardzo trudny. Tu niestety spłaszczony do granic możliwości, na koniec obrócony w temat nieistniejący. Jakiś kompletny absurd. Rzecz dotyczy dziewczynki, która od urodzenia „służy” jako dawca dla siostry. Właściwie już jej urodzenie było zaprogramowane z myślą o ratowaniu chorej na białaczkę siostry. Potem są kolejne transfuzje krwi, wreszcie rodzina staje przed dylematem przeszczepu nerki. Właściwie rodzina dylematu nie ma – uważa, że przeszczep musi się odbyć. Jednak 10-cio letnia dziewczynka udaje się ze swoim przypadkiem do adwokata. I występuje o separację medyczną od swojej rodziny. Chce pozostać pod opieką rodziców, ale w kwestiach medycznych chce mieć prawo do swojego zdania. Taki jest temat. Trzeba przyznać, że jeden z trudniejszych postawionych w kinie. Trzeba umieć nakręcić film o taki problemie. Niestety Nickowi Cassaventesowi się to nie udało. Spłycił co mógł. Dodał kilka dłużyzn i totalnie nieprzekonywującą Cameron Diaz. Rozumiem, że …