Rok: 2009

Lektor (“The Reader”)

Szczerze mówiąc, bałam się pójść na ten film znając pobieżnie tematykę. Uznałam, że będzie również ciężki i dołujący jak – dopiero co widziany przeze mnie – Zapaśnik. Ale choć temat faktycznie jest trudny, a historia nie szuka na siłę happy endu, twórcy tego filmu nie postawili sobie za zadanie główne przybić widza. Bardzo dobre kino. Historia jest niesamowicie interesująca, aktorzy są wybitni, grają świetnie, całość jest znakomicie wyreżyserowana, nakręcona, napięcie utrzymywane, właściwie nikt nie wie, jak to się wszystko skończy. Do tego jest jeszcze postawiony problem moralny i jakby druga perspektywa, która niekoniecznie usprawiedliwia, ale z pewnością pozwala spojrzeć na całość z innej strony. I takich właśnie, pozbawionych emocji i zażartej dyskusji, pozbawionych z góry wiadomych odpowiedzi, takich właśnie pytań o tematy ważne, oczekuję od kina. Świetna Kate Winslet. Absolutnie zasłużony Oscar. Wybitny – znowu!!! – Ralph Finnes. Ale też znakomity drugi plan. Bardzo ciekawa postać profesora w wykonaniu Bruno Ganza. Ale przede wszystkim, zawsze z zachwytem przeze mnie przyjmowana, Lena Olin. Od czasu, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy w „Nieznośnej lekkości bytu”, poprzez …

Chiara Civello „The Space Between”

Z Chiarą Civello zaprzyjaźnił mnie po raz pierwszy Marek Niedźwiecki. W jednej z jego pięknych smooth jazzowych audycji, jeszcze w Trójce, zabrzmiały którejś soboty powolne, spokojne dźwięki i jej zupełnie bezpretensjonalny głos. Potem zakochałam się w jej pierwszej płycie „Last Quarter Moon”, na której śpiewa a to trochę po włosku, a to po angielsku, zawsze pięknie muzykuje, nigdy nie przesadza. Teraz przyszła pora na „The Space Between”. Przyznaję, że z opóźnieniem, bo płyta jest z 2007 roku. Nie straciła jednak przecież na aktualności, muzyka na niej płynie wolno, lekko się snując, czasami zakręcając i pytając o drogę, ale też bez większych emocji czy strachu przed pogubieniem. Scena: wracam do domu, z bolącym napiętym od stresów karkiem, zrzucam z siebie rzeczy ograniczające ruch swobodny, nalewam sobie lampkę wina, włączam Chiarę i … świat zostawiam za drzwiami. I naprawdę nie ma to znaczenia, że słyszałam już „Skylark” zaśpiewany 700 razy lepiej, ciekawiej, a może nawet, nieskromnie powiedziałabym, że ja go kiedyś lepiej śpiewałam. Nie ma znaczenia. Ani to, że ta płyta jest praktycznie w konstrukcji identyczna do …

Restauracja San Lorenzo

Włoskie San Lorenzo to pewnie jedno z bardziej ekskluzywnych miejsc spośród warszawskich restauracji. Wszystko jest zresztą idealnie przygotowane pod ekskluzywnego gościa. Na ścianach – dla dodania efektu – wiszą zdjęcia najbardziej ekskluzywnych gości restauracji czyli gwiazd, polityków i celebrytów (tych ostatnich, trzeba przyznać, najmniej). Już od wejścia wiadomo więc gdzie się przebywa. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Zapaśnik

Teoretycznie wiedziałam na jaki film się wybieram. Teoretycznie widziałam zwiastuny i widziałam tę twarz. Teoretycznie byłam przygotowana na mocne wrażenia. Ale okazało się, że rzeczywistość mnie przerosła. „Zapaśnik” poruszył mnie maksymalnie. Poruszył i przygnębił. Właściwie nawet wbił mnie w ziemię i przez jakiś czas nie pozwalał wstać. Czy to jest kwestia Rourke’go, który naprawdę wygląda przerażająco i on naprawdę tak wygląda bez żadnej charakteryzacji. Czy to kwestia wyobrażenia sobie, że ta historia jest bardzo bliska jego prawdziwej historii. Czy to kwestia przygnębiającej amerykańskiej prowincji, zupełnie beznadziejnej. Czy wreszcie jakichś osobistych skojarzeń – a to z upływającym czasem, a to z relacją córka-ojciec … Myślę, że każdy może znaleźć w tym obrazie jakiś kawałek beznadziei dla siebie. „Zapaśnik” właśnie w swojej mocy przejmowania ludzi jest filmem wyjątkowym. Poza tym to dobre kino. Mocne, dobrze zagrane. Zaskakujące. I naprawdę nie pozostawiające żadnych złudzeń. Rourke jest w tym obrazie zupełnie niesamowity. Jego twarz jest tak zmasakrowana, że nie ma mowy o mimice. Czy to z powodu uszkodzenia mięsni twarzy, czy z powodu operacji plastycznych, w każdym razie, nie …

Hellas

Zachęcona entuzjazmem Macieja Nowaka i zaproszeniem mojej przyjaciółki Ani, mając urodziny w tle i kilka jeszcze innych myśli, które należało szybko z siebie zmyć dobrą lampką wina, pognałam w sobotni wieczór do restauracji Hellas, zwanej kawałkiem Grecji na Ursynowie. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Artur Miller „Obecność”

Niespecjalnie lubię opowiadania. W książkach największą wartość upatruję w tym, że potrafią mnie zaangażować w fabułę, zaciekawić, przykuć uwagę tak, żebym nie chciała przerywać czytania. Najlepsze książki w moim życiu czytałam całymi nocami, bo najzwyczajniej w świecie nie byłam w stanie przestać, rozstać się z bohaterami, choćby na noc. W opowiadaniach nie ma takiej dramaturgii, poza tym trudno zapamiętać kilkanaście różnych historii, po przeczytaniu więc tomu opowiadań, w głowie zostają najwyżej 2-3 robiące największe wrażenie. I tylko dla nich, jeśli naprawdę są tego warte, czasami sięgam po tom opowiadań. Tym razem Artura Millera „Obecność”. Spodziewałam się szokowania i czytania z wypiekami na twarzy, nawet jeśli przysłowiowymi, bo po przejściu przez kilka tomów Bukowskiego w życiu, trudno już się czymś niesmaczyć, czy zawstydzać. Tych wypieków nie było. Była natomiast dość prosta konstrukcja – otwarcia i zamknięcia. I prawie niczego w środku. Otwarcie – Buldog. Historia chłopca, który udaje się po szczeniaka rasy buldog moręgowaty na drugi koniec miasta. Nie wie wprawdzie jak rasa wygląda, ale wiedziony jakimś przeczuciem czy innymi powodami, zmierza dzielnie wykorzystując różne środki …

Valpolicella Classico Włochy 2007

Valpolicella z regiony Monte del Fra to bardzo dobre klasyczne włoskie wino. Zero cierpkości, dobra kompozycja, trochę włoskiej spolegliwości, ale ogólnie to bardzo dobre wino. Ewidentnie nie tylko moim zdaniem. Dystrybutorzy na jego temat: „Okolice Valpolicelli Classico mają charakter pagórkowaty, gleby są wapienne, gliniaste, tufowe. Grona pochodzą z winnic o nachyleniu południowo-zachodnim na wys. powyżej 200 m npm. Błyszcząca rubinowa barwa, przyjemny aromat kwiatu wiśni z delikatną goryczką, dobrze zrównoważone. Alk. 12.5%. Podawać w temp. 15-16°C. Świetne z białym mięsem, do delikatnych potraw.” Myślę, że dobra równowaga robi największe wrażenie. Do kupienia m.in. tutaj. W skali od 1 do 10 daję 7 Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Artur Dutkiewicz „Niemen improwizacje”

Jeśli znikam na kilka dni i po prostu mnie nie ma. Jeśli wracam z radością z pracy i zakopuję się w domu nie odzywając prawie do nikogo. Jeśli jestem nieosiągalna, nie kontaktowa i ogólnie na NIE wobec przeszkadzania mi w mojej nieobecności. Jeśli tak właśnie jest, to może oznaczać tylko jedno – coś mnie wciąga. Ostatnio wciąga mnie totalnie i całkowicie piękna płyta. Artur Dutkiewicz „Niemen improwizacje”. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam Artura Dutkiewicza … to było tak dawno, że już prawie nie pamiętam. Koncert w chorzowskim Teatrze Rozrywki nagrałam i znikłam z nim na długie wieczory. Wciągnął mnie kompletnie. Podobnie jest z tą płytą. Słyszałam już Dutkiewicza w niemenowskim repertuarze jakieś 3 lata temu w małej salce jeszcze mniejszego domu kultury w Katowicach. Publiczność przypadkowa, fortepian kiepskiej jakości, nagłośnienia zero. Trochę to było smutne, ale muzyka się wznosiła ponad te warunki. Mocno ponad. Wtedy grał solo, na płycie jest w trio! Z Darkiem Oleszkiewiczem i Sebastianem Frankiewiczem. Absolutnie zachwycają aranżacje. Aż ma się ochotę do nich śpiewać. Utwory są naprawdę zinterpretowane, Dutkiewicz ucieka łatwym …

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Wyraziłam już niejednokrotnie swoją dezaprobatę dla tego filmu. Wyrażę więc jeszcze raz. Nie wiem, dlaczego dostał jakiekolwiek nominacje do Oscarów. Nie wiem, ale mnie to przejmuje, bo ciągle jeszcze wierzę w to, że przynajmniej nominacje powinny dostawać filmy znakomite, a kto wygra to już kwestia polityki. Mam kilka zarzutów do „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Pierwszy z nich to czas trwania. Nie, nie jestem obsesyjna, jeśli chodzi o czas, wręcz przeciwnie. Znam kilka osób znacznie bardziej obsesyjnych i wiecznie się spieszących. Jeśli natomiast ktoś sadza mnie w kinie (ok., sama się sadzam, ale zakładam, że reżyser i producent tego właśnie ode mnie oczekiwali) na 2 godziny i 50 minut, to powinien mieć mi coś ważnego do powiedzenia. A tu się okazuje, że niekoniecznie. Drugi zarzut to Brad Pitt. Niestety. W dalszym ciągu jestem nieprzekonywalna. O ile nawet mi odpowiadał jego widok z pomarszczoną skórą w późnym wieku starczym (czy raczej wczesnym młodzieńczym), o tyle, kiedy już „doszedł do siebie”, wsiadł na motor i zagrał słynną scenę w okularach słonecznych a la James Dean, miałam go znowu …

Blue Cactus

Od czasu do czasu warto sprawdzić, co się dzieje w takich miejscach, które są od zawsze. Jednym z zaliczanych przeze mnie do tej kategorii jest Blue Cactus. To miejsce, do którego zaglądałam na długo przed moim przeniesieniem się do Warszawy. Już wtedy było i serwowało bardzo przyzwoite meksykańskie jedzenie. I tak jest właściwie do dziś. Karta oczywiście lekko ewoluuje, wprowadzane są zmiany i pewnie nawet dość często, ale jeśli ktoś – tak jak ja – pamięta fajitę, to do dzisiaj może ją zjeść. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *