Za jakie grzechy („New in Town”)
Czy byliście kiedyś na komedii, w trakcie której ani razu się nie uśmiechnęliście? Ja właśnie wróciłam z kina i ciągle nie mogę wyjść z podziwu, komu się chce robić takie filmy. Omijajcie tę „komedię” szerokim łukiem. Naprawdę jest kompletnie denna. Coraz więcej niestety takich obrazów w kinie się pojawia. Całkiem niedawno narzekałam na „Kobiety” i „Kobiety pragną bardziej”, teraz narzekam na „Za jakie grzechy” (oraz zwyczajowo na tłumaczy, którzy wiedzą lepiej). Z Renee Zellweger umknęła cała zabawność, którą miała w Bridget Jones. Nie wiem, jak to się stało. Jest totalnie nudna. Jeden z recenzentów napisał, że głównie robi „buzię w ciup” i to prawda. Wydyma jeszcze policzki i pakuje się w kłopoty. Ale to wszystko już znamy, poza tym wydanie jest o 200% gorsze niż przy Bridget. Cała fabuła jest mocno przewidywalna. Właściwie można się po pierwszych kilku ujęciach zorientować jak „Za jakie grzechy” się rozwinie. Wszyscy oczekują happy endu, wszyscy go dostają. W pierwszych scenach wiadomo między kim będzie romans, a kto będzie głównym wrogiem. Jedyna jasną postacią na całym firmamencie jest Harry Connick …