Rok: 2010

Whatever works (Co nas kręci, co nas podnieca)

Niezawodność. To główna cecha Woody’ego Allena. Jestem pod wielkim wrażeniem jego osoby i twórczości. Idę do kina, wiem, czego się spodziewać i nigdy jeszcze się nie zawiodłam. Bywa nieco lepiej i nieco gorzej, czasem lekko w górę czasem lekko w dół, ale zawsze bardzo, bardzo dobrze. Podobnie jest tym razem. Moim zdaniem, „Whatever works” to fala wznosząca. Sam zabieg bohatera mówiącego do kinomanów nie jest szczególnie nowy, ale u Borysa cecha ta jest szczególnie zabawna. Nikt mu nie wierzy, słynie bowiem z czarnowidztwa, pesymizmu, sarkazmu i ogólnie niezbyt pozytywnych, acz wymagających niebanalnej inteligencji cech. Borys jest bowiem geniuszem. Sam tak o sobie mówi i przyznają to jego przyjaciele. Postać – jak się pewnie domyślacie – zbudowana o cechy głównego bohatera allenowskiego, czyli standardowo mówi jak Woody Allen, jest też hipochondrykiem i lekką ofiarą życiową. Jest też jak zwykle zabawny. Podobnie jak i cały film, w którym wyśmiewane są streotypy, banały, chrześcijaństwo, standardowe damsko-męskie role życiowe i mnóstwo jeszcze innych tematów. Wyśmiewane są w wyjątkowo udany sposób. Muszę przyznać, że scena wkroczenia do mieszkania Borysa ojca …

Michel’s Brasserie ponownie

Ponieważ bywam w Michel’s Brasserie dość regularnie i nie zdarzyło mi się do tej pory zjeść tam niczego nieświeżego, postanowiłam odpowiedzieć na pewną absolutnie niesprawiedliwą recenzję Macieja Nowaka. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Krystyna Janda „Piosenki z teatru”

To bardzo ciekawe wydarzenie. Krystyna Janda śpiewająca piosenki z trzech przedstawień – „Białej Bluzki” Agnieszki Osieckiej, “Kobiety zawiedzionej” Simone de Beauvoir i “Marlena” Pam Gems. „Śpiewająca” to jest dla Krystyny Jandy ciekawe określenie. Przecież sama przyznaje, że śpiewać nie do końca potrafi. I faktycznie ma rację. Dźwięki wydobywa albo krzykiem albo cichuteńkim głosikiem na mocnym przydechu. Są takie nuty, które – mimo że tak wskazuje linia melodyczna – nigdy nie zostaną przez nią osiągnięte. Zawsze są zagrane, ograne, zinterpretowane, po prostu inne niż zaśpiewane. Ale co tam. To właśnie jest jej moc. To jest jej profesjonalizm. Urok. Janda gra przecież, a nie śpiewa, a może właściwie gra śpiewanie. Jeśli pamiętacie (Bo ja jestem, proszę pana,) „Na zakręcie”, która to piosenka jest jedną z najpopularniejszych z „Białej Bluzki”, to wiecie, o czym mówię. Śpiewających aktorek jest mnóstwo, śpiewających nawet w miarę dobrze, ale np. histerycznie interpretujących. Ja sama jestem wielkim wrogiem tzw. piosenki aktorskiej, bo zwykle oznacza ona właśnie brak umiejętności śpiewania. No ale to jest Janda. I ona tak gra, że człowiek prawie już wierzy, …

San Lorenzo na szybkiej kolacji

To nie moja pierwsza wizyta w San Lorenzo. Poprzednio byłam pod wrażeniem elegancji, piękna podawanych potraw i cen. Teraz jestem już praktycznie tylko pod wrażeniem cen. Od razu dodam, w lokalu kilka stolików było zajętych, co mnie w sumie zdziwiło, dlatego, że ja nie mam ochoty tam wracać. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Traviata w Operze Narodowej

Wielkie wydarzenie. Premiera kolejnego spektaklu Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim. Niezwykle głośna premiera. Bardzo mocno nagłaśniana medialnie. Na sali same gwiazdy. Nigdy w życiu nie widziałam takiej liczby sławnych ludzi. Profesor Balcerowicz, poseł Palikot, Janusz Głowacki, Daniel Passent, Profesor Bralczyk i wielu, wielu innych. Dla mnie, najważniejszym powodem, żeby się wybrać tego dnia do Opery Narodowej, była Aleksandra Kurzak. Po raz pierwszy usłyszałam ją w Rigolettcie prawie rok temu i oniemiałam. Przepięknie wyśpiewywane koloratury i absolutnie cudny głos. Niekoniecznie bardzo mocny, ale po prostu śliczny. Tutaj, w Traviacie, swoją interpretacją doprowadziła mnie do łez. Jakkolwiek to brzmi, nie zdarza mi się przecież często płakać ani na filmach ani w operze. Wielokrotne ciarki, szczególnie w pianach przecudnie wyśpiewywanych przez Kurzak. Zdecydowanie tego wieczoru była sprawcą moich głębokich wzruszeń. Znakomicie brzmiała zwłaszcza w duecie z Andrzejem Dobberem, kolejną wielką gwiazdą tej inscenizacji. Ich wspólne arie to absolutna klasa światowa śpiewu operowego. Poza głosami, oczywiście inscenizacja Trelińskiego robi mocne wrażenie. Ten reżyser po prostu tak ma. Musi łamać konwenanse, musi szokować, musi być o nim głośno. Jeździła więc …

Sobotni lunch w Rubikonie

Zacznijmy od tego, że sobotni lunch – w przeciwieństwie do lunchu niedzielnego – nie jest wcale tak często spotykany, jakby się to mogło wydawać. Z czytanej przeze mnie właśnie fantastycznej książki Anthony’ego Bourdaina, wynika, że dobra cena atrakcyjnych niedzielnych lunchów i brunchów głównie wynika z chęci pozbycia się przez szefów kuchni tzw. resztek z całego tygodnia. Mam nadzieję, że to jedynie dowcip Anthony’ego, ale jeśli tak, to dlaczego popularne są niedzielne brunche, a sobotnie nie? Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Autor widmo (The Ghost Writer)

Zastanawiam się, czy Polański samodzielnie wybierając polski tytuł swojego filmu, miał takie zaufanie do tłumaczy tytułów, jak ja 😉 Żartuję, ale mam bardzo dobry humor po tym filmie. Nie dlatego, żeby to była komedia oczywiście. Nie. Dlatego, że Roman Polański pokazał wszystkim na czym polega jego klasa. Zrobił bardzo dobry film, dając – po dłuższym czasie rozmowy na jego temat w kontekstach nie-filmowych – powód do rozmów filmowych. I tak sztuka wyszła z tego wszystkiego zwycięsko. Autor widmo to kino, w trakcie którego widz się nie nudzi ani przez moment. Ciągle kombinuje i ciągle jest zwodzony przez reżysera, który tak rozgrywa akcję, żeby nic nie było jasne. Filmowi towarzyszy napięcie. Teoretycznie wiemy, że stanie się coś niedobrego, tylko nie wiemy, w którym momencie. Pod tym względem trochę przypomina Match Point Woody’ego Allena, gdzie przez cały seans widzowie zastanawiają się, czy kara będzie, czy zbrodnia ujdzie bohaterowi na sucho. Aktorzy są absolutnie świetni. Ewan McGregor jest absolutnie idealnym autorem widmo. Jest prawie niewidoczny, nie charakterystyczny, ot taki sobie średniak piszący pod cudzymi nazwiskami, bo swojego mu …

Lunate Fiano Sycylia 2008

Czasami potrzebna jest odmiana. Dla mnie oznaczała – zmienić sklep i szczep. Pozostałam przy białym kolorze wina i przy hasłowej mineralności. Oczekiwałam propozycji i choć budżetowo ograniczyłam zdecydowanie możliwości, zaproponowano mi Lunate Fiano z Sycylii. Szczepu fiano, jak się okazało uprawianego już w czasach rzymskich, nie znałam w ogóle. Zdanie dystrybutorów o winie: „Sycylijska ciekawostka – Fiano to szczep, który łączy w sobie cechy gron zarówno południowych, jak i północnych. Mamy tu więc tłustość podobną do sycylijskiego Chardonnay, ale też nutę mineralną spotykaną w pinot grigio czy bianco. Całość jest rześka i owocowa, co czyni wino uniwersalnym kompanem różnorodnych potraw, od grillowanych ryb, do drobiu w jasnych sosach.” Nie wpadłam w zachwyt, nie zyskałam nowego zaprzyjaźnionego szczepu po próbach tego wina. Nie porwało mnie kompletnie. Może zbyt dużo w nim Chardonnay 🙂 Żartuję, ale było dla mnie zbyt męczące, zwłaszcza w końcowych, mocno owocowych nutach, Zdecydowanie nie moja bajka. Z przyjemnością więc wróciłam do standardów Carmenowego Gewurztraminera, ale choćby po to, by docenić to, co lubię najbardziej, warto czasem zachować się odmiennie. Lunate Fiano Sycylia …

Bez mojej zgody („My Sister’s Keeper”)

Jest tylko jedna rzecz pozytywna, którą mogę powiedzieć po obejrzeniu tego filmu. Dobrze, że nie poszłam na to do kina. Bardzo mi szkoda tematu, który przecież jest ciekawy i mógł być naprawdę dobrze przedstawiony. Bardzo wielowymiarowy, bardzo trudny. Tu niestety spłaszczony do granic możliwości, na koniec obrócony w temat nieistniejący. Jakiś kompletny absurd. Rzecz dotyczy dziewczynki, która od urodzenia „służy” jako dawca dla siostry. Właściwie już jej urodzenie było zaprogramowane z myślą o ratowaniu chorej na białaczkę siostry. Potem są kolejne transfuzje krwi, wreszcie rodzina staje przed dylematem przeszczepu nerki. Właściwie rodzina dylematu nie ma – uważa, że przeszczep musi się odbyć. Jednak 10-cio letnia dziewczynka udaje się ze swoim przypadkiem do adwokata. I występuje o separację medyczną od swojej rodziny. Chce pozostać pod opieką rodziców, ale w kwestiach medycznych chce mieć prawo do swojego zdania. Taki jest temat. Trzeba przyznać, że jeden z trudniejszych postawionych w kinie. Trzeba umieć nakręcić film o taki problemie. Niestety Nickowi Cassaventesowi się to nie udało. Spłycił co mógł. Dodał kilka dłużyzn i totalnie nieprzekonywującą Cameron Diaz. Rozumiem, że …

LemonGrass

„LemonGrass czyli trawa cytrynowa kiedyś uprawiana była jedynie w Indiach, Indonezji i Południowo-Wschodniej Azji. Chcąc podzielić się z Państwem naszą pasją, przywieźliśmy ją do Warszawy. Naszym celem jest usatysfakcjonowanie miłośników kuchni orientalnej.” Tak zaczyna swoją stronę internetową orientalna restauracja LemonGrass i trzeba przyznać, że cel właścicieli tego miejsca można uznać za wykonany, a na pewno wykonywany, bo przecież chodzi o proces działań ciągłych raczej niż jednorazową satysfakcję. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *