Wszystkie wpisy z: Kultura

Dozorca w Teatrze Narodowym

Oglądając „Dozorcę” Harolda Pintera, miałam w głowie tylko jedną myśl. Jak cudnie naturalny jest w swojej roli Janusz Gajos, z jaką łatwością wciela się w rolę tytułowego Dozorcy i jednocześnie, jak bardzo sztuczni na jego tle są Karol Pocheć i Oskar Hamerski (chwaliłam go kiedyś za „Kosmos” Gombrowicza). Fatalne recenzje otrzymał „Dozorca” w większości mediów podejmujących temat teatralny. Faktem jest, że komedią nazwać tego się nie da, jeśli taki był zamiar intera, wyszło zupełnie inaczej. Jest mnóstwo szeptów, głosów, dźwięków, dziwnych odgłosów, które nadają spektaklowi lekko metafizycznego wymiaru. Jednak całość jest ciągle czytelna – „Dozorca” to gra manipulacji, przeciągań struny, odzwierciedlenie podłości ludzkich, małych żenujących zagrań i wielkich świństw. Oglądanie Janusza Gajosa na scenie to zwykle niebywała przyjemnosć, tak jest i w tym przypadku. Choćby nie wiem, jak zła była sztuka, Gajos jest zawsze doskonały. Jego postać Dozorcy jest niezwykła w swojej zwykłości. Gajos podobnie jak Dozorca ma w soim repertuarze pełen wachlarz zachowań. Jest więc miły, usłużny, z wielką porcją przysłowiowej wazeliny, kiedy trzeba. Jest ohydny, odrażający, bezlitosny w ocenie i rasistowski w innych …

Berek czyli upiór w moherze

Berek czyli upiór w moherze autorstwa Mariusza Marcina Szczygielskiego to przedstawienie na deskach Teatru Kwadrat z Ewą Kasprzyk i Pawłem Małaszyńskim w rolach głównych. Ona jest satrszą panią z kategorii moherowych beretów, one gejem przeżywającym rozterki życiowe, obydwoje są nienawidzącymi się sąsiadami. Pewnego dnia jednak ona ma wypadek, leży unieruchomiona, on jej pomaga, bo jej córka niekoniecznie spieszy z ratunkiem. Są zdani na siebie. I zaczyna się historia. Sztuka jest polska, napisana przez polskiego autora, przywołuje więc do mnóstwo polskich i tylko polskich historyjek, klimatów i drobnych smaczków. Z jednej strony ma to swój urok i istotnie odróżnia się od chmary fars brytyjskich czy amerykańskich, ale z drugiej strony czasem przeraża rzeczywisością, która – choć wcale nie przerysowana, na taką właśnie wygląda. Jest śmiesznie. I to jest jej najmocniejszy element. Kasprzyk w swojej roli jest absolutnie genialna, jaki to jest niesamowity talent komediowy, wybitna, naprawdę. Małaszyński natomiast zaskakuje bardzo pozytywnie. Nie tylko podołał – co w moim przekonaniu oznacza, że bardzo się rozwinął aktorsko w ostatnich latach – ale przede wszystkim zagrał geja bez machania …

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Na to przedstawienie w nowym teatrze 6. Piętro Michała Żebrowskiego nie można się dostać. Biletów po prostu nie ma, już drugi sezon. Warto więc skorzystać z opcji wejściówki – wprawdzie 50zł za sztukę i dostaje się poduszkę do siedzenia na schodach, ale wygląda na to, że to jedyna możliwość zobaczenia przedstawienia. Czy to przedstawienie zasługuje na takie zainteresowanie? To z pewnością dobra sztuka, fajny zabawny scenariusz. Sporo w nim charakterystycznego allenowskiego poczucia humoru. Allen zresztą przebija przez tę sztukę moim zdaniem znacznie bardziej niż Casablanca z Bogartem. Kuba Wojewódzki jest. Gra jakby Allena. Czy dobrze gra? Jak na amatora, gra świetnie. Podejrzewam, że jego rola jest jednak inna, ma przyciągnąć publiczność, co robi bardzo skutecznie. Swoją drogą mam szacunek dla Wojewódzkiego, który przecież nie zarabia tam z pewnością takich pieniędzy, jakie potrafi zarabiać na co dzień w „X Factor” czy innych. Sądzę, że wykorzystuje tę rolę dla konsekwentnego kreowania swojego wizerunku, o którym z pewnością myśli w perspektywie długoterminowej. Szacunek. Reszta aktorów? Nie lubię Żebrowskiego, drażni mnie tym swoim poczuciem wyższości, nie pozbywa się go …

Fighter

Zastanawiam się o co chodzi z tym filmem. Dlaczego wszyscy jakby o nim zapomnieli w klasyfikacji oscarowej? Dlaczego mówiło się tylko o roli Christiana Bale’a, a nie o filmie jako całości? Nie rozumiem. Wprawdzie był nominowany jako jeden z 10 filmów w tym roku, ale nikt nie dawał mu szans. Nie rozumiem. Dla mnie to kino dokładnie takie, o jakie mi chodzi. Pełne emocji jak pojedynek bokserski. Pełne niepowodzeń i zwycięstw jak życie. Siedziałam na tym filmie z zaciśniętymi kciukami, kibicując bohaterom, wierząc w wygraną – zarówno na ringu jak i w życiu, po prostu najnormalniej w świecie emocjonując się akcją. To wcale nie zdarza mi się w kinie tak często, ale zawsze jest bardzo przeze mnie w najwyższym stopniu doceniane. Oczywiście trzeba podkreślić rolę Christiana Bale’a. Dopiero po tym filmie dotarło do mnie, z jakiego kalibru aktorem mamy do czynienia. Przyznaję, nie widziałam „Mechanika” – mam na liście do nadrobienia, ale rola w Fighterze jest naprawdę wybitna. Bale, który jest przecież zdrowym, przystojnym gościem, nadającym się świetnie na Batmana, przeszedł taką transformację, że naprawdę …

Poznasz przystojnego bruneta

No cóż, po prostu Woody Allen. Przyzwyczaił nas do tego, że co roku, najwyżej co dwa, dostarcza film na wysokim poziomie, zwykle zabawny, lekko cyniczny, dobrze zagrany, pięknie wyreżyserowany. Poprzedni jego film „Whatever it takes” był znakomity, śmiałam się niemożebnie. Pod tym względem „Poznasz przystojnego bruneta” lekko rozczarowywuje.  Brakuje totalnego Allenowskiego poczucia humoru, jest sporo śmiechu, ale nie wystarczająco dużo, jak na mistrza oczywiście. Mamy znakomitych aktorów, na czele z samym Anthony Hopkinsem. Swoją drogą, to świetny pomysł, żeby ustawić go w takiej postaci, której chyba jeszcze nigdy nie zagrał. Zwykle przecież prezentuje bardzo szacowne, dostojne, żeby nie powiedzieć „sztywne” postaci. Nawet służący w jego wykonaniu to major domus, który nie okazuje emocji i swoją postawą przypomina lorda. Tutaj Hopkins otrzymuje ludzką twarz. Jest facetem w średnim, a nawet bardziej zaawansowanym niż średnim wieku, z kryzyem wieku średniego, porzuca swoją małżonkę, znajduje młodą tandetną kochankę, ćwiczy na siłowni i przepuszcza pieniądze swojego życia. W tej roli oczywiście spełnia się znakomicie. Szkoda, że tak mało wyzwań stawianych jest przed tym aktorem. Allen zapowiada już na początku …

127 godzin

Przyznam, że wgniotło mnie w kinowy fotel. Siedziałam z otwartą buzią przez 1,5 godziny. Momentami zamykałam oczy, momentami się mocno śmiałam, momentami mocno wzruszałam. Nie było patetyzmu, przesadzonych morałów, dwugodzinnego ciężkiego dramatu. Było znakomite, szybkie teledyskowe kino, połączone z ciekawą opowieścią. Fabuła jest prosta – główny bohater siedzi przez 127 godzin w wąwozie, gdzie rękę uwięził mu spadający głaz. Wpada w ten potrzask w 10tej minucie filmu i do końcowej, bardzo dramatycznej sceny, po prostu tam siedzi. Jak z takiego tematu zrobić interesujące kino? I jednocześnie nie przesadzić z koszmarem, dramatem, histerią, łzawością, ale też moralizowaniem? Wie tylko Danny Boyle. Historia jest prawdziwa, oparta na faktach, trudno więc jej nie znać. Mam wrażenie, że większość osób, która wybrała się do kina wiedziała, co będzie się działo.  Wszyscy czekali w napięciu, w jaki sposób zostanie to sfilmowane. Ja czekałam z obawą. Bałam się … no chyba się bałam Piły (1,2 ,3 lub którejś kolejnej). Ale w zamian za to dostałam bardzo mądrą historię chłopaka, który z dużym dystansem, a momentami nawet poczuciem humoru, podchodzi do swojej …

Jak zostać królem

Opisywałam ostatnio kilka filmów, co do których miałam duże oczekiwania, a potem równie wielkie rozczarowanie. Cieszy mnie więc fakt, że zdarza mi się też obejrzeć od czasu do czasu film, który spodziewam się, że będzie dobry, a okazuje się być jeszcze lepszy. Ostatnio takie przypadki miałam dwa. Dziś o pierwszym – The King’s Speech, znanym u nas pod tytułem „Jak zostać królem” i reklamowanym u nas jako komedia. Krótko tylko o tej miernej próbie nabicia publiczności w butelkę – rozumiem, że tytuł oryginalny nie całkiem dobrze brzmi po polsku, rozumiem też, że Colin Firth głównie znany jest w Polsce z roli w Bridget Jones i że Walentynki oraz Oscary znakomicie mobilizują do zrobienia z tego świetnego kina „komedii idealnej do zobaczenia, jeśli chodzisz do kina tylko raz w roku”. Ale czy naprawdę ktoś, kto będzie szedł do kina na komedię – no prawie – romantyczną, zaufa jeszcze kiedykolwiek dystrybutorom i raz nabity w butelkę, w ogóle podejmie próbę wyjścia do kina w przyszłym roku? Podejrzewam, że zda się na swój własny telewizor, dlatego nie pochwalam …

Para na życie (Away We Go)

Cudowny, klimatyczny, zabawny, piękny film. Ze znakomitymi rolami głównych aktorów. Para szczęśliwych ludzi, którzy jeżdżąc po Ameryce odwiedzają swoich znajomych, od każdego się czegoś ucząc. Całość spuentowana odkrywczą myślą i finałem na miarę tego znakomitego dzieła. Jeśli jeszcze nie wyczuliście sarkazmu w tym, co napisałam, to powiem to otwarcie – taki film, jak opisałam powyżej, MIAŁ wyjść. Natomiast wyszedł gniot. Dwójka nikomu nie znanych aktorów w średnich rolach. Ich dowcipy zupełnie nie są zabawne. Kolejne odwiedzane przez nich osoby są totalnie przerysowane. Jedyną interesującą postać stwarza Maggie Gyllenhaal, reszta … kompletnie bezsensowna. Na dodatek, „odkrywcza” puenta na koniec – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Co się stało Samowi Mendesowi, że przestał robić warte oglądania, ważne filmy? Faktem jest, że to pierwsza (chyba) jego próba filmu o ludziach szczęśliwych, ale jeśli tak mają oni wyglądać … Panie Mendes, niech Pan wraca do opowieści o ludziach nieszczęśliwych. Były naprawdę dobre. W skali od 1 do 10 daję 4 – za duże rozczarowanie   Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. …

Turysta

Nie ma co się rozpisywać – to czysto komercyjne kryminalne kino. Świetny Johnny Depp, bo on zawsze jest bardzo dobry, nawet jako pirat, jest po prostu świetnym aktorem. Angelina Jolie natomiast jest sztuczna jak to ona i chuda jak to ona, mało więc przekonywująca w roli kobiety, z którą totalnie się szaleje. Dlaczego nie można było zostawić w tej roli pięknej Sophie Marceau, która grała w pierwszej, francuskiej wersji, Turysty?   Bardzo zabawna scena śledzenia postaci granej przez Angelinę, kiedy policjanci z wozu, z którego obserwują jej poczynania, zaczynają się lekko nakręcać i puszczają teksty w stylu „Ciekawe, czy dzisiaj ma bieliznę”. Kamera najeżdża wtedy na miejsce, gdzie powinien wystąpić tyłek Angeliny. No niestety. To nie jest Jo Lopez, tyłek pożegnała dawno temu, jest bardziej wieszakiem niż kobietą, jej chudość jest naprawdę przerażająca. Kto by pomyślał, że grała kiedyś w tak interesujących produkcjach jak „Kolekcjoner kości”.   W każdym razie, jak na film kryminalny, mam dwa główne zarzuty – czy w każdym z nich naprawdę musi występować scena gonitwy na dachu i muszą być jacyś Rosjanie z …

Czarny łabędź

Piękne i jednocześnie bolesne kino. Podejrzewam, że Aronofsky nieźle się bawi patrząc na reakcję widzów w trakcie filmu. Nie ma co ukrywać, ten film to thriller, ja tej kategorii nie lubię. Wychodzę z założenia, że to dziwne, żeby bać się za własne pieniądze. Dlatego wszystko, co w tym filmie jest thrillerem raczej mnie od niego odrzuca niż zachęca. Ale na szczęście jest też sporo innych elementów. Jest znakomita Natalie Portmann, mistrzostwo mistrzostw i w pełni zasłużony Złoty Glob, a podejrzewam, że i Oscar. Rola po prostu wybitna. Portmann jest cudownie plastyczna – potrafi z dużą łatwością i wielką elastycznością zagrać zarówno demoniczną jak i cudownie słodko-niewinną stronę swojej roli. Do tego świetne sceny baletowe, choć pewnie znawcy się oburzą, że to i owo nie jest na najwyższym poziomie, mamy jednak do czynienia z aktorką, nie baletnicą … W każdym razie ta rola jest naprawdę mocna. Mocne są też niektóre sceny. Moment przeistoczenia się w łabędzia na scenie z pewnością przejdzie do historii kina jako jedna z ładniejszych i wywierających najmocniejsze wrażenia scen. Wybitne zakończenie z …