Wszystkie wpisy z: Kultura

Listy do M.

„Love actually” jest filmem mojego życia, mówię to głośno, zawsze wtedy, kiedy pojawiają się komentarze, że jakiś film jest podobny do „Love actually”. Nie ma takich filmów. Nie ma filmów podobnych do „Love Actually”. To był film mądry, ciepły, zabawny, wielowątkowy, ze znakomitą obsadą, świetnie zagrany i wyreżyserowany, z genialnym scenariuszem i mocnymi puentami, choć podanymi w dość przyjemny sposób. Nigdy przedtem ani potem nie udało się nikomu zrobić tak znakomitego filmu.

Skóra w której żyję

Bardzo mnie zastanawia, co takiego się wydarzyło Almodovarowi, że Allenowski film „Vicky Cristina Barcelona” był bardziej Almodovarowy niż najnowszy film Almodovara „Skóra w której żyję”. Przedziwne. Mam nadzieję, że „Skóra w której żyję” to tylko wypadek przy pracy, że reżyser wróci do swoich prawdziwych klimatów, które tak mocno poruszają i zachwycają. Zwykle po wyjściu z kina, po filmie Almodovara, odczuwałam uniesienie, to było kino najwyższych lotów, dla wybranych widzów. Czułam się wobec tego uskrzydlona i wybrana. Tym razem czułam się kiepsko. Przede wszystkim brakowało ciepła. Uwielbiam nie tylko piękne ciepłe kolory w filmach Pedro Almodovara, ale też uczucia. Czasem krzywe, wypaczone, niezrozumiałe, ale zawsze prawdziwe, mocne, intensywne. Tutaj nie ma ich w ogóle. Najczulsze bodajże sformułowanie to słowo „tygrysek” wypowiedziane przez matkę do syna, kryminalisty, złodzieja i gwałciciela, przebranego w karnawałowy strój tygrysa. Jest to ponoć thriller, ale jeśli tak, to brakło napięcia. Brakło też poczucia humoru, Pedro wracaj do siebie, jeśli miałeś gorszy humor na Boga, nie rób już więcej w takim humorze filmów. Zwykle na Trwoich filmach śmiałam się mocno albo przez łzy …

Marcin Wasilewski Trio Faithful

Czy istnieje taka kategoria jak muzyka wytchnienia? Jeśli nie, chciałabym ją dla siebie tylko wprowadzić. I umieścić w niej płyty Trio Marcina Wasilewskiego, Sławomira Kurkiewicza i Michała Miśkiewicza. Jeśli naprawdę nie umiem znaleźć żadnego oddechu, jeśli potrzebuję wyciszenia, odnalezienia siebie, chwili spędzonej na niczym, a przywracającej do wszystkiego, sięgnę po którąś z tych płyt. Do tej pory miałam tylko January, teraz jest i Faithful. Problem (a może to w ogóle nie problem) z muzyką polega na jej nieopisywalności, można ją rozebrać harmonicznie, dynamicznie na cząśtki, zapisać nutowo, nazwać, uszczegółowić, ale jak określić interpretację? Jak opisać klimat, który tworzy? Jak przenieść na papier nastrój, w który wprowadza? Tego się zrobić nie da, trudność więc ogromną budzi we mnie opis wrażeń po przesłuchaniu Faithful. Marcin Wasilewski Trio to mistrzowie klimatu. Przy płycie Januray oszalałam. To było obiawienie, czułam się przyspawana do tej muzyki, nie potrafiłam się oderwać, chciałam się nią otaczać non stop. Tu już wiedziałam czego się spodziewać, ale i tak … może to wytchnienie, o którym mówię, jest po prostu uzależniające? Może zbyt mało go …

KASTA LA VISTA w Teatrze Ateneum

To spektakl dwóch aktorów. Krzysztof Tyniec i Artur Barciś. I nie jest to w żadnym przypadku śmieszna komedyjka, choć w kilku momentach można się pośmiać. Temat niby błahy – klient przychodzi do banku podjąć pieniądze. Jednak prostota na tym się kończy. Dalej rzeczy się komplikują. Komplikują absurdalnie, komplikują niemożliwie. Dalej już zagrożone są nie tylko pieniądze klienta, ale i jego życie. Niby jeszcze ma on poczucie, że to absurd i rzeczywistość tak wyglądać nie może, ale to krótki moment. W końcu się poddaje i zaczyna grać tak, jak sytuacja od niego wymaga. To oczywiście jest komedia absurdu, ale pokazuje w sposób wylbrzymiony bezsens globalizmu, świata korporacji, odhumanizowanego, nielogicznego, rządzącego się procedurami raczej niż zwykłymi ludzkimi odruchami. I choć wydaje nam się oglądając ten spektakl, że wszystko jest mocno przesadzone, to kiedy Artur Barciś jako urządnik bankowy nieustająco powtarza „Proszę o odrobinę cierpliwości” doprowadzając klienta – Krzysztofa Tyńca do szału, mamy chwilę tzw. „stop-klatki”, chwilę przemyślenia, czy any na pewno nic tego typu nas nie dotyczy, nic nas nie dotknie. Niezwykłe jest oczywiście to, że całość …

Baby są jakieś inne

Z Koterskim mam lekko na pieńku. Bardzo doceniam to, co robi, uważam, że jest świetny, tworzy filmy ważne i inne niż wszystkie inne. Ale jednocześnie nie potrafię oglądać np. Dnia Świra. Tak strasznie mnie denerwuje zirytowanie Adasia Miauczyńskiego, odbieram je całą sobą, jestem zirytowana razem z nim, a ponieważ rzeczywistość blokowa dotyczy nas wszystkich, co chwilę jakiś radosny sąsiad coś wierci, co chwilę ktoś w czymś przeszkadza, ja nie muszę tego oglądać na filmie, jestem zdenerwowana wystarczająco, dlatego Dzień Świra wyłączam. Nie mogę tego oglądać. Zastanawiałam się nad nowym filmem „Baby są jakieś inne”. Po pierwsze świetne były zwiastuny, mega zabawne, bardzo szowinistyczne. Po drugie Robert Więckiewicz – muszę go oglądać często, uwielbiam człowieka. Film jest nierówny. Pierwsza połowa mocno bawi, naprawdę te dialogi są świetne, niegłupie, mocno osadzone w rzeczywistości. Koterski wybrał te najbardziej drażniące cechy kobiet, te najmnocniej przeszkadzające chyba nawet samym kobietom. Druga połowa mocniej irytuje. Niestety ilość stereotypów jest coraz większa, bohaterowie mówią podobnie i jednostajnie i według takich samych schematów. Właściwie już nawet trochę można się domyślić, co powiedzą. Są …

Drive

Muszę przyznać, że ten film mnie totalnie zdziwił i jednocześnie zrobił na mnie wielkie wrażenie. Wybierałam się do kina na film sensacyjny. Podejrzewałam, że będą się zabijali, strzelali do siebie, jeździli szybkimi samochodami, no i do kompletu będzie też jakiś romans. Nie miałam wysokich oczekiwań, raczej sądziłam, że przez chwilę mogę się wyrwać z rzeczywistości, ale nie zostanie mi po tym filmie żadna myśl na dłużej. Zdziwiła mnie już muzyka na wstępie, a potem było tylko lepiej. Drive to przede wszystkim i ponad wszystko genialny klimat. To kino uzależniające. Nurtujące, może irytujące, ale wciągające. Owszem, strzelają, zabijają i jeżdżą szybko, ale to nie jest najważniejszy element. Najważniejszy jest klimat, nastrój, pewna tajemniczość, niedopowiedzenia. Ryan Gosling i Carey Mulligan to para wybitna. Gosling jest przecudnie mroczny, tajemniczy, ma przeszywające spojrzenie i elektryzuje. Nie sposób go zapomnieć. Jest jednocześnie grzecznym chłopcem i demonem, widać to na pierwszy rzut oka. Carey Mulligan czaruje swoim niewinnym uśmiechem, swoim zagubieniem w świecie, przyciąga swoimi problemami. Między tą parą nie dochodzi do żadnej sceny erotycznej, ale więcej w nich iskrzenia i …

O północy w Paryżu

Z Allenem tak jest – i nie odkrywam tu pewnie żadnej Ameryki – że cokolwiek robi, nawet gdyby to było gorsze od innych jego rzeczy, to i tak zwykle jest na bardzo dobrym poziomie, być może nawet znacznie wyższym niż wysokie loty innych reżyserów. Mam wrażenie, że „O północy w Paryżu” to słabszy film Allena. Z ostatnich filmów uwielbiałam „Whatever works” – strasznie mnie śmieszył, skłaniał do przemyśleń. Tutaj już aż tak śmiesznie nie jest, ale w dalszy ciągu jest bardzo, bardzo dobrze. W roli głównej Owen Wilson, którego naprawdę bardzo nie lubię, ale Owen oczywiście zachowuje się tutaj jak Allen, nie drażni więc w ogóle. Konstrukcja filmu delikatnie ćwiczy widzów ze znajomości kultury i sztuki. Przez film przewijają się artyści kilku wieków. Wymieniać nie będę, ale Salvador Dali z obsesją nosorożca jest jedną z najzabawniejszych postaci kina w ogóle. W tej krótkiej roli genialny Adrien Brody. Aktorzy zresztą jak zwykle u Allena – plejada gwiazd. Kathy Bates, Rachel McAdams, Marion Cotillard, w epizodzie prezydentowa Carla Bruni. W jednym z wywiadów z Allenem czytałam, że …

Poluzjanci akustycznie w Bajce

Moja fascynacja Poluzjantami trwa od lat. Słuchałam ich w czasach, kiedy naprawdę nikt poza słynnym Piątym Wydziałem – Jazzu i Muzyki Rozrywkowej katowickiej Akademii Muzycznej – nie wiedział o ich istnieniu. Słuchałam potem na świnoujskiej FAMIE, już obeznana z niektórymi kawałkami, słuchałam ich pierwszej płyty wydanej z 10 lat temu i potem tej drugiej, wydanej 2 lata temu. Byłam na koncercie w Palladium, kiedy zaczynali grać utwory z drugiej płyty i teraz na tym, akustycznym. Ich muzyka ma w sobie coś uskrzydlającego. Dlatego początek koncertu uważam za dość rozczarowujący. Kompozycje z obydwu płyt przearanżowane na wykonania akustyczne jakoś nie miały lekkości. Rytmy wszystkie jakby przyciężkie, zwykle istotnie wolniejsze od orygninalnych. Wiem, że miało być kameralnie, ale przykładowo „Doskonale” zabrzmiało w tym wolnym tempie, jakby bylo zagrane na zwolnionych obrotach – ani się tego nie dało śpiewać, ani do tego skakać, może lekko tylko bujać. Podobnie z „Lalala” – początek zagrany w starym szybkim tempie i nagle wszystko siada. Nie pomogły różne zabawy rytmiczne, nieparzyste rytmy, bosa novy i inne. Nie do końca jestem pewna, czy …

Nimbus Grenache Blanc 2008

Tej zimy wróciłam z Kaliforni z wielką nową miłością. Miłością do uprawianych szeroko w Kalifornii szczepów – Roussanne i Grenache Blanc. Powrót był trudny – jak zwykle z tego typu miejsc – dodatkowo utrudniony kompletnym brakiem win z tych szczepów w Polsce. To zupełnie zdumiewające, spróbujcie przeszukać sklepy z winem, czy nawet internetowe w poszukiwaniu tych szczepów – nic. (PS. Gdybyście jednak coś przypadkiem znaleźli, dajcie mi koniecznie znak gdzie.) W dużej desperacji ubłagałam właścicielkę mojego ulubionego sklepu z winem, żeby szukała razem za mną. Ostatecznie udało się znaleźć bułgarską odmianę Grenach Blanc. Przyznam szczerze – w ciągu 3 ostatnich tygodni, wypiłam już 4 butelki i nie mogę przestać. Zupełnie niesamowity ten szczep. Moje poszukiwania wina idealnego koncentrują się od jakiegoś czasu wokół win białych, bardzo mineralnych, o niskiej kwasowości. To zwykle znacznie ciekawsze, głębsze smaki niż te bardzo owocowe, kwaśne. W USA zdarzyło mi się wypić znakomity coupage zwany GVR – Grenache Blanc, Viognier i Roussanne – to chyba jednak był mój ideał. Ten Granache jednakże jest najlepszym, dostępnym w Polsce zastępstwem, jakie udało …

Horrible Bosses – Szefowie wrogowie

Wakacje w kinie w Polsce to zupełnie inny rodzaj wakacji niż np. w USA. Tam, wykorzystuje się ten czas, kiedy ludzie mają trochę więcej czasu i nieco mniej zwracają uwagę na wydawane pieniądze, by wprowadzać jedną za drugą premierę kinową. U nas wakacje są martwe. Właściwie już od czerwca przestajemy mieć „na co” chodzić do kina. Lecą głównie filmy z dużym „bum bum” czyli wybuchami i strzelaniną, rysunkowe dla dzieci i ewentualnie od czasu do czasu jakaś upiornie głupia komedia romantyczna, której obejrzenie urągałoby nawet mnie – wielbicielce gatunku. Być może dlatego właśnie nie spodziewałam się niczego po filmie Horrible Bosses. Pozwólcie, że z powodów oczywistych zostanę przy oryginalnej wersji tytułu. Ustawiwszy swoje oczekiwania na zerowym poziomie, mogłam spokojnie pójść do kina na cokolwiek bez większej obawy przed rozczarowaniem. Toteż totalnie mnie zdziwiło, że się na tym filmie nieźle bawiłam, bo – szczerze mówiąc – już dawno się nie bawiłam dobrze w kinie. Bardzo dawno. Horrible Bosses to lekko głupawa, ale mega śmieszna komedia. Gwiazdy owszem występują, ale raczej w drugim planie, okazując tym samym …