Wszystkie wpisy z: Kultura

Romulus Wielki w Teatrze Polonia

Mam w zwyczaju nie czytać przed wybraniem się do kina czy teatru żadnych recenzji. Zwyczaju tego nabrałam, kiedy kilkakrotnie recenzenci spłycili mi najgłębszą pointę, zdradzili najlepszy dowcip, czy też swoim czepianiem się zepsuli najlepszą zabawę. Po obejrzeniu w piątek Romulusa Wielkiego i przeczytaniu dziś recenzji choćby z Gazety Wyborczej  czy dodatku „Kultura” Dziennika, utwierdzam się w przekonaniu, że zwyczaj ten jest jedynie słuszny. Wyborcza twierdzi, że temu spektaklowi brakuje reżysera. Dziennik dodaje, że rzecz jest banalna i nie ma komentarza czy jakiejkolwiek prawdziwej interpretacji. Ja mam wrażenie, że recenzenci nakręcają się w swoim „znawstwie” i nie wypada im napisać dobrej recenzji po tym, gdy konkurencja napisała złą. Na szczęście nie przeczytałam ich przed spektaklem i w związku z tym naprawdę dobrze się bawiłam. Owszem, przyznaję, nie widziałam do tej pory żadnego Romulusa Wielkiego Duerrenmatta. Nie znam żadnej interpretacji roli tytułowej, nie znam żadnej wcześniejszej reżyserii. Nie znałam tego spektaklu w ogóle. Zamieniając tę słabą stronę w mocną, mogłabym powiedzieć, że jestem wolna od bagażu, który być może ciąży recenzentom. Ale dość już o nich. Wrażenie …

Księżna (“The Dutchess”)

Jeśli to miał być film o wielkiej kobiecie, to coś się komuś nie udało. Jeśli to miało być dobre kino kostiumowe, to brawo dla twórców. Najpierw jednak o tym, czego w tym filmie nie ma. Nie wiedziałabym tego, gdyby nie kilku znajomych przybliżających mi prawdziwą postać księżnej Devonshire. Była to kobieta niezwykle wpływowa, mocno interesująca się polityką, bardzo zaangażowana w tematy ważne nie tylko dla kobiet tamtych czasów. Kobieta, która przerastała swoją epokę zachowaniem, stylem, zainteresowaniem polityką, odwagą w wygłaszaniu poglądów itd. Na tamte czasy feministka. Czy cokolwiek z tego jest widoczne w filmie „Księżna”? Nie bardzo. Są pewne przebłyski, owszem. Są jakoś lekko zarysowane wiece polityczne, są zalążki dyskusji, są politycy, ale w żadnym razie nie chodzi o żadną sprawę. Nie ma w tym filmie sporu, nie ma przeprowadzania swoich racji, nie ma walki politycznej, po prostu nie o tym jest ten film. Czy to źle? Nie wiem, być może księżna byłaby ciekawiej narysowaną postacią, gdyby dodać jej trochę prawdziwych poglądów, a nie tylko zaznaczyć, że je miała. Film jest jednak o prywatnym życiu …

Opowiedz mi o deszczu

Miło czasem odetchnąć od kina amerykańskiego. Jeśli zrobi się takie założenie, że w filmie nie potrzeba akcji, wątków, właściwie nawet zbyt interesującej fabuły, że w filmie liczy się wyłącznie klimat, warto wybrać się na taki właśnie „odpoczynek od Hollywood” pod tytułem „Opowiedz mi deszczu”. To oczywiście nie jest film o niczym. Ma treść, a nawet sporo treści. Porusza tematy ważne, ale z dużym spokojem, bez zbytniej pompy i trochę tak, jakby gdzieś w tle odzywał się głos „ale nie będziemy Was tym za bardzo obciążać, bo przecież chodzi o to, żeby było miło”. I miło faktycznie jest. W opisie tego filmu przez dystrybutora czytamy: „Film jest komedią obyczajową o odwiecznej grze męsko-damskiej. Doskonałą, bo diablo inteligentną i słodko-gorzką. Błyskotliwe dialogi i pełnokrwiści bohaterowie, których nie da się nie lubić, przywodzą na myśl filmy Woody’ego Allena ze wspaniałych czasów Annie Hall i Manhattanu.” No i niestety tu się nie zgadzam totalnie. Być może to kwestia niezrozumienia przeze mnie języka (wiadomo przecież, że napisy oddają jedynie 80% całości tekstu), być może jednak uwielbienia dla Woody’ego Allena, ale …

Just dance – tylko taniec!

Muszę to przyznać otwarcie – tak beznadziejnego filmu dawno nie widziałam. I mam takie wrażenie, że nie chodzi tylko o mój wiek, bo fakt, że nie jestem grupą docelową tego „dzieła” nie budzi żadnych wątpliwości. Kilka lat temu oglądałam „Step Up” i choć też nie byłam zachwycona, to było w nim chociaż coś, chociaż cień autentyczności, choć odrobina emocji na twarzach młodych aktorów. W „Just dance” nie ma nic pozytywnego. Zaczynając zresztą od samego tytułu i jego polskiego tłumaczenia … Tytuł oryginału to „Make It Happen” – dlaczego więc polski dystrybutor zdecydował się na tak dziwaczny tytuł w polskiej wersji? Nie wiem. Być może chciał się podpiąć pod przebój „Just Dance” Lady Gaga promujący ten film. Skoro jednak nie zrobiono tego w wersji oryginalnej, naprawdę nie sposób zrozumieć, czemu robi się to w Polsce. Jak zwykle, polscy dystrybutorzy lepiej wiedzą, jak powinien się nazywać film. Ale temu akurat dziełu w niczym to nie zaszkodziło, bo nic nie mogło mu zaszkodzić. Historia jest drętwa i banalna – dziewczyna z małego miasteczka w Idaho przyjeżdża do Chicago …

Torre de Barreda Tempranillo Hiszpania 2006

Kiedy pojawia się moja przyjaciółka Ania z butelką wina polecaną przez swojego brata można się spodziewać winnej uczty. Tym razem padło na hiszpańskie Tempranillo Torze de Barreda z 2006 roku. Tempranillo to kolejny mało mi znany szczep winny, tym chętniej przystąpiłam do degustacji. Opinia dystrybutorów: „Wino cechuje głębia i bogactwo smaku – delikatna kwasowość i aksamitne garbniki. Wyraźne aromaty śliw, wiśni i czarnych porzeczek. Wyczuwalna ale nie dominująca jest nuta wanilii, która nadaje winom szlachetności.” Mam wrażenie, że to śliwka dodaje tego czegoś ciekawego temu winu. Na pewno ma ono mocny charakter, ale i dużą łagodność w sobie. Ponoć młode wina tempranillo są mocne i wyraziste, a starsze nabierają jedwabiu i miękkości, mam wrażenie, że to było i wyraziste i jedwabne jednocześnie. Bardzo polecam. Dostępne m.in. tutaj. W skali od 1 do 10 daję 8. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Australia

Mam chyba jednak zbyt negatywny stosunek do takich wielkich amerykańskich produkcji. Przyznaję, że wchodzę do kina już lekko uprzedzona i trzeba emocji z „Gladiatora”, by mnie przekonać. W „Australii” takich emocji nie ma. Jest za to niezbyt udana próba naśladowania „Przeminęło z wiatrem”. Tak, obejrzałam ten film w Sylwestra, a jak już wiecie poza nim były jeszcze dwa inne, porównania więc cisnęły się same. I tak, ten film zaczął się o 3ciej rano, więc miałam pewne prawo do zmęczenia, zwłaszcza, że trwa pełne 160 minut, ale wierzcie mi, że gdyby to było dzieło wybitne, nie spoglądałabym na zegarek co chwilę i nie czekała, kiedy wreszcie się skończy. Skupmy się jednak na pozytywach na początek. Jest jedna magiczna scena w tym filmie – zaganianie bydła przed przepaścią. Wybitna, z ciarkami chodzącymi po plecach. Szkoda, że tylko jedna. Jest piękny dzieciak – przepiękny i bardzo zdolny młody chłopczyk o niesamowitych oczach, przenikliwym spojrzeniu. Jest Nicole Kidman, którą lubię i która bardzo dobrze gra i Hugh Jackman, ciężko przystojny, ale nie wybija się w tym filmie wcale. Są …

Marani Saperavi Gruzja

Pierwszy raz piłam to wino kilka lat temu w małym winnym barze na Śląsku. Było to podczas jakiejś degustacji win gruzińskich i spowodowało, że zapamiętałam je bardzo dobrze. Po pierwsze dlatego, że myśląc o Gruzji, wino nie pojawia się w pierwszych naszych skojarzeniach, a po drugie dlatego, że mocno wybijało się smakiem ponad wszystkie wtedy znane mi wina, również te z Nowego Świata. Do Marani Saperavi wracam od czasu do czasu i nigdy mnie nie zawodzi. To bardzo dobre wino, które w niektórych sklepach można dostać po niezwykle przyzwoitej cenie, a relacja cena – jakość jest w tym przypadku jedną z najlepszych dostępnych na rynku. Saperavi to szczep winogron pochodzący z Gruzji z regionu Kondoli, Kakhetia. Wino czerwone wytrawne, opisywane przez dystrybutorów następująco: „Nos w stylu nowoczesnym: owocowy (konfitura wiśniowo-truskawkowa), mocno pikantny (pieprz, papryka). Po zamieszaniu bardzo mocne świeże owoce. Pełne, z bogatym aromatem i głębokim czerwonym kolorem. Smak zrównoważony, aromaty dojrzałych owoców, nutki czarnego bzu oraz przyjemne, miękkie garbniki.” Muszę Wam przyznać, że „nos w stylu nowoczesnym” to powiedzenie, które sobie przyswoję i będę …

Ile waży koń trojański

Pierwszym i – od razu dodam – najlepszym filmem tegorocznego mojego Sylwestra była najnowsza komedia Juliusza Machulskiego „Ile waży koń trojański”. Rzecz o powrocie w nieznośne lata 80te, ale bez politykowania, chodzi wyłącznie o szok związany z „drobiazgami” tamtych czasów utrudniającymi życie. Byłby to świetny film, gdyby nie miał być komedią. Bo chociaż uśmiechnęłam się naprawdę szczerze kilka razy, a raz nawet wybuchnęłam śmiechem gromkim, to jednak nie spełnione są moje warunki komedii czyli dialogi, przy których płacze się ze śmiechu przez 80% czasu. Poza tym drobiazgiem, film jest naprawdę bardzo przyjemny. Jest świetny Więckiewicz, a kto mnie zna, ten wie, że mam absolutną słabość do tego aktora. Jest bardzo ciekawa aktorka Ilona Ostrowska w roli głównej. Okazało się, że szerszej widowni jest znana z serialu Ranczo. Mnie nie była znana w ogóle, ale ma w sobie coś bardzo ciepłego i totalnie bezpretensjonalnego. No i jest Danuta Szaflarska, która po słynnym powrocie w “Pora umierać”, pozostanie nam w łowach jako babcia idealna. Śmiesznie jest popatrzeć na te wszystkie PRLowskie paradoksy. Już dzisiaj jest nam śmiesznie, …

Candace Bushnell “Piąta Aleja”

Kończę ten rok opisem moich wrażeń po przeczytaniu bardzo szeroko promowanej „Piątej Alei” Candace Bushnell. To taka lektura pozwalająca zabić trochę zbędnego czasu czy może zająć część umysłu wtedy, kiedy spora druga część jest zaprzątnięta przez coś naprawdę ważnego. Dla mnie to oddech poświąteczny, nabrany w towarzystwie lampki (biorąc pod uwagę 600 stron, to raczej kilku lampek) czerwonego wina i radia Smooth Jazz. Powrót do normalności, może z chwilą zadumy, ale nie dłuższą niż „Venice” Chrisa Bottiego zagrane przez internetową stację akurat w momencie książkowej puenty. Candace Bushnell jest oczywiście bardzo popularną autorką. Jej „Sex w wielkim mieście” przerobiony na serial, a potem niestety na film, zdobył chyba wszystkie szczyty popularności. Zresztą tę popularność, muszę to przyznać, moim zdaniem zdobył zasłużenie. Nie wiem, ile w tym jest osiągnięć autorki, a ile ekipy telewizyjnej, ale serial był inteligentny i zabawny, o „Piątej Alei” powiedzieć tego samego nie można. Przedstawia ona historie bohaterów mieszkających w budynku Piąta Aleja Jeden – niezwykle prestiżowym miejscu w samym centrum Nowego Jorku. To takie miejsce, w którym wszyscy chcą mieszkać, niektórzy …

Santa Alicia Carmenere Reserve 2006

Carmenere to ciekawy szczep winny. Nie tak popularny jak Merlot czy Cabernet Sauvignon. Wynaleziony wprawdzie we Francji, ale naprawdę się rozwinął w Chile i dzisiaj jest dla tego kraju reprezentacją. O Carmenere więcej tutaj Santa Alicja to bardzo znany producent win chilijskich. W 2007 roku, w trakcie londyńskiego konkursu The International Wine and Spirit Competition, uzyskał tytuł Chiliean producer of the year 2007. Co może wyjść z połączenia charakterystycznego dla regionu szczepu i dobrego producenta win? No na przykład bardzo dobre wino Santa Alicia Carmenere Reserve 2006. Nagrodzone złotym medalem International Mundus Vini. Opisywane przez dostawców (Dolina Win) następująco: „Skoncentrowane wino ze słodkimi garbnikami z nutkami korzeni, zielonego pieprzu i odrobiną mięty. Najlepiej podawać do serów, potraw kuchni włoskiej i chińskiej.” Mnie znakomicie smakowało do świątecznych potraw i stanowiło naprawdę miłą odmianę dla panoszących się Merlotów, Cabernet i Shirazów. Polecam. W skali od 1 do 10 daję 7 Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy …