Wszystkie wpisy z: Kultura

India Arie „Acoustic Soul”

India.Arie znana mi jest nie od dzisiaj. W pojedynczych utworach słucham jej od dłuższego czasu, choć nie jest bardzo popularna, nie należy do tzw. pierwszego nurtu artystów najczęściej promowanych. Szkoda, ale może to właśnie dodaje jej uroku znalezienia czegoś specjalnego w masie wszystkiego innego. „Acoustic Soul” to pierwsza płyta artystki dla wytwórni Motown. Nagrana w 2001 roku. Mam wrażenie, że w Polsce przeżywa pewien relaunch od czasu, kiedy Paulina Lenda – początkująca 16-letnia wokalistka występująca w programie „Mam talent” – przypomniała fantastyczny utwór „Ready For Love” pochodzący właśnie z tej płyty. Dla mnie odkryty na nowo. Płyta jest kwintesencją soulu. Wszystkiego, co ten gatunek ze sobą niesie. Jest więc boleśnie piękny głos Indii, opanowany do granic możliwości opanowania ludzkiego głosu. Z piękną, charakterystyczną ciemną barwą, z wykorzystywaniem kobiecego falsetu w momentach najbardziej się do tego nadających („Sometimes you’ll fly”), z częstymi, głębokimi zejściami w dolne rejestry („Sometimes you will fall”), z feelingiem przypominającym czasy ery swingu i uśmiechem w głosie. Są niezwykle charakterystyczne kompozycje, pozostające w uchu już po pierwszym przesłuchaniu. Jest mnóstwo dobrych, kołyszących …

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

Kiedy wchodziłam do kina, miałam w głowie tylko jedno – znowu zobaczę mojego ulubionego Philipa Seymoura Hoffmana, aktora, którego cenię ostatnio ponad innych. Za każdym razem, gdy go widzę, od czasu świetnej roli w „Capote”, który to film musiał sobie zresztą sam wyprodukować, jestem poruszona jego kreacją. Niedawno przeżywałam The Savages, teraz wybrałam się na „Before the Devil Knows You’re Dead” czyli „Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”. Poza Hoffmanem w tym filmie jest jeszcze bardzo dawno przeze mnie niewidziana Marisa Tomei. Jest fantastyczna jak zawsze zresztą. Nie wiem, co jest w tej kobiecie, ale jestem dość pewna, że gdybym była mężczyzną, ona byłaby moim ideałem. I ni chodzi o jej piękne ciało, którego pokaz daje również w tym filmie, chodzi o jakiś rodzaj ekspresji, o jakieś szaleństwo, które jej towarzyszy, przy jednoczesnym zagubieniu i takiej totalnej niemożności radzenia sobie z rzeczywistością. Po prostu kobieta, która potrzebuje pomocy. Do tej dwójki genialnych aktorów, dobrano jeszcze Ethana Hawke’a. Nie darzę go szczególną sympatią, ale tutaj zagrał bardzo dobrze. Ciężka rola. Musiał się wcielić w tchórza …

Herbie Hancock Sekstet w Filharmonii Narodowej

Kiedy przyjeżdża do Warszawy taki mistrz jazzu jak Herbie Hancock, nie ma co się zastanawiać, czy iść, czy nie. Nie ma co analizować, czy jest się największym jego fanem, czy trochę mniejszym, po prostu trzeba iść. Skarżyłam się kiedyś na ceny biletów na koncerty jazzowe i rozważałam, co mogłabym za to mieć. Wtedy ktoś mnie zapytał, dlaczego na nie chodzę, dlaczego nie zrezygnuję i nie kupię sobie kolejnej sukienki, czy luksusowej apaszki. Otóż będę płacić po 200 zł za bilet głównie dlatego, że takich przeżyć, emocji i wrażeń nikt mi nie odbierze. Zostaną moje już na zawsze. Wszystko to, co odczuwam podczas jednego czy drugiego solo muzyków, pozostaje we mnie na zawsze i tworzy mnie taką, jak jestem. Wzbogaca. Tak było też z tym koncertem. Bardziej od Herbiego interesował mnie Terence Blanchard. Fantastycznie uzdolniony trębacz jazzowy. Kiedy usłyszałam go po raz pierwszy na ścieżce dźwiękowej do filmu „Mo’ Better Blues” Spike’a Lee, oszalałam. „Mo’ Better Blues” to zresztą jedyny utwór, który zapamiętałam bezbłędnie po pierwszym przesłuchaniu. Do dziś potrafię powtórzyć melodię, choć naprawdę znam ją …

Happy-Go-Lucky

Filmy Mike’a Leigh oglądam zawsze z dużą przyjemnością. Zazwyczaj są w nich tak charakterystyczni bohaterowie, że gdyby pojawili się obok mnie, gdzieś na przyjęciu czy w sklepie, mogłabym bez problemu posądzić ich o bycie postacią z filmu Mike’a Leigh. Zazwyczaj też są solidnie zakręceni. Tym razem jest podobnie, choć Poppy – główna bohaterka Happy-Go-Lucky – jest zakręcona niezwykle pozytywnie. I za to pokochałam ten film. Już zwiastunach właściwie mogłam się tego spodziewać. Pozytywny nastrój jest kwintesencją filmu. Poppy jest nauczycielką, trzydziestolatką, mieszka z przyjaciółką, jest samotna i niezbyt bogata. Czy w związku z tym przeżywa traumę, zamartwia się, desperacko poszukuje mężczyzny czy cokolwiek z podobnych standardów? Nie, jest idealnie szczęśliwa. Szczerze szczęśliwa. I niezwykle pomocna wszystkim dookoła. Jest też bardzo wrażliwa na nieszczęścia innych. Ogólnie nie ma wad, cała zbudowana jest z pozytywów, co powoduje, że widz właściwie uwielbia ją od samego początku do końca. I życzy jej jak najlepiej. Trzeba się mocno pokłonić odtwórczyni głównej roli – Sally Hawkins, która się w całość narysowanej przez Leigh postaci wkomponowała idealnie. Jej Poppy jest wręcz nieznośnie …

Philip Roth „Konające zwierzę”

Może to był pierwszy raz, kiedy tak mocno płakałam czytając. To mógł być pierwszy raz. Roth napisał historię poruszającą we mnie jakieś wewnętrzne nuty, zupełnie mi nieznane do tej pory. To piękna książka. Porażająco prawdziwa i mądra. Zastanawiałam się czas temu, zaraz po obejrzeniu Elegii, jaki jest ten oryginał. Czułam podskórnie, że nie może być tak kobiecy jak film. I nie jest. Jest bardzo rothowski. Jest w nim mnóstwo seksu, seks bywa jedyną motywacją działań, ale jest w nim też mnóstwo przerażenia i strachu i to one są jednak głównym powodem zachowań bohatera. Oglądając film całkowicie identyfikowałam się z bohaterką. Czułam to, co ona czuje. W pierwszej części filmu, byłam wściekła na głównego bohatera tak samo, jak ona. Nie potrafiłam pojąć jego zachowania. Niby wiedziałam, o co chodzi, znałam przyczynę, rozumowo było to dla mnie jasne, ale emocjonalnie nie godziłam z takim postępowaniem. Chciałam na niego krzyczeć, chciałam go sprowokować do innego zachowania, po prostu chciałam happy endu. Nie wyobrażałam sobie, że ktoś może zrezygnować z miłości, bo się jej boi. Teraz poczułam i jego …

Arturo Sandoval w Palladium

Był środek tygodnia, dzień męczący, dużo stresu i mało spania, ogólne zmęczenie. Mid West Quartet jako cover band powitałam więc ziewaniem i zniechęceniem, pożegnałam podobnie. Mogliby przygrywać do kolacji, ale nie porywali na koncercie. Mocno się obawiałam, że nic mnie nie wyciągnie ze stanu lekkiej katatonii, w który wpadałam coraz bardziej z każdą upływającą minutą. Organizator kompletnie się kompromitował – a to nie numerując miejsc, choć numerował bilety, a to urządzając 20 minut przerwy po cover bandzie. Było coraz dziwniej i coraz bardziej chciało się spać, nie wierzyłam w szanse powodzenia tego wieczoru. I wtedy na scenę wyszedł Paweł Brodowski, żeby opowiedzieć o gwieździe wieczoru. A zaraz po nim wkroczyło combo Arturo Sandovala. Po drugim utworze nie pamiętałam już o jakimkolwiek zmęczeniu. Weszli w mocny rytm od razu. Rozbili wszystkie pozostałe w pamięci niezdecydowane i leniwe dźwięki poprzedniej ekipy. Wnieśli energię i radość i przekazali ją publiczności. Trąbka, saksofon, instrumenty klawiszowe, bas, perkusja i instrumenty perkusyjne – łącznie 6 osób. Z tym, że Arturo trzeba byłoby liczyć poczwórnie – gra na trąbce, fortepianie, syntezatorze, przeszkadzajkach …

Rodzina Savage (The Savages)

Czekałam na ten film od marca, od Oskarów, podczas których był jednym z wielkich przegranych. Czekałam na ten film, a kiedy wreszcie wszedł do kin, okazało się, że prawie go nie zauważyłam. W pierwszym tygodniu grały go jakieś dwa kina w Warszawie, w drugim – już tylko jedno. Zmobilizowałam więc wszystkie siły i środki i wybrałam się na seans o 21:45, choć wiedziałam (tym razem), że temat jest ciężki, a film pozytywnym myśleniem mnie nie natchnie. Dobrze, że poszłam. The Savages (będę się jednak trzymać oryginału, bo z rodziną trzy osoby o tym samym nazwisku naprawdę niewiele mają wspólnego) to kino niesamowite, głębokie, pełne, takie, jakie chcę oglądać. Wszystko jest w tym filmie na wysokim poziomie. Scenariusz to mocna historia dwójki dorosłych ludzi, których ojciec, choć nie zajmował się nimi i nie był dobrym ojcem, zaczyna chorować i paradoksalnie wymagać ich opieki i bycia dobrymi dziećmi. Aktorzy to genialny Philip Seymour Hoffman i równie genialna Laura Linney – nominowana zresztą za tę rolę do Oskara. Wybór miejsc – plastikowe domki w Arizonie, potem ohydne wnętrza …

Brumont Gros Manseng – Sauvignon 2007

Jak nie lubię i nie doceniam francuskich win, tak uległam pewnemu Panu w sklepie nieco innym niż u mnie w bloku (gdzie do tej pory kupowałam większość win). Uległam, choć na dzień dobry powiedziałam, że szukam Nowego Świata. Pan był skuteczny w przekonywaniu, obiecałam wrócić do niego z opinią. Zajrzyjcie przy okazji. Brumont Gros Manseng – Sauvignon 2007 to bardzo dobre wino i mało „francuskie” w moim rozumieniu tego atrybutu win. A moje rozumienie było do tej pory takie, że trudno znaleźć dobre, francuskie wino w cenie ok. 30 zł. Czyżbym znalazła? Sklep opisuje je jako: „Ciekawe połączenie rześkiej i kruchej Sauvignon Blanc z treściwym i tłustym Gros Manseng. Wyraźnie wytrawne i orzeźwiające, delikatna owocowość bez ostrych nut. Dobre jako aperitif, do sałatek oraz owoców morza.” Zdecydowanie mi odpowiada, zwłaszcza „tłustość Gros Manseng”. Może zresztą dlatego tak bardzo mi smakuje, bo nie znałam tego szczepu do tej pory. „Gros Manseng: Spotykany jest w Béarn. Jest głównym składnikiem wytrawnych win z Jurançon. Współtworzy wina białe z Irouléguy, Tursan, Béarn, Côtes de Saint-Mont, Pacherenc du Vic-Bilh i …

33 sceny z życia

Scen nie liczyłam. Być może było ich 33. Nie liczyłam, bo trudno się zbierałam. Wyprowadzona z równowagi emocjonalnej. Nie byłam przygotowana na ten film. I tu przestroga dla wszystkich, którzy zachęceni sukcesem filmu, szeroką promocją, a szczególnie zwiastunami, idą obejrzeć zabawne kino, czy w najlepszym przypadku tzw. „czarny humor”. Jest kilka momentów bardzo śmiesznych, to prawda, ale to jest jednak film o umieraniu. I jako taki, śmieszny nie jest w ogóle. Wręcz przeciwnie. To taki film, po którym lepiej się przejść, żeby ochłonąć. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie twierdzę, że to jest złe kino. Wręcz przeciwnie. To kino wyższych lotów. Bardzo mnie cieszy, że nakręciła to Polka. Równie dobrze mógłby być zrobiony gdziekolwiek w świecie, co dodaje mu wielkiej uniwersalności. Temat jest uniwersalny i ważny dla wszystkich – śmierć bliskich. I jakkolwiek jest on ważny, pokazywany na tysiąc sposobów, analizowany i przerabiany wszerz i poprzek, tak cały czas, bez względu na to jak dobrze o tym słyszeliśmy, kiedy przydarza się nam, nie wiemy jak się zachować. „Nic dwa razy się nie zdarza i nie …

Quantum of Solace

Filmy, na których biegają i strzelają, zazwyczaj ignoruję. Nie bawią mnie ani te z Brucem Willisem, ani z Nicolasem Cagem. Szkoda mi czasu. Wyjątek robię od kilku lat dla Bonda. W końcu to kilkadziesiąt lat tradycji i trudno z nią polemizować. Jestem wyznawcą Daniela Craiga. Po pierwsze dlatego, że daję kontrowersyjności pewną wartość samą w sobie. Po drugie dlatego, że jest blondynem. A po trzecie dlatego, że Pierce Brosnan z bójki, strzelania i trzech granatów wychodził z nienagannie równym kołnierzykiem koszuli, a Craig ma chociaż umorusaną twarz i wielkie plamy krwi na koszuli. To dodaje mu elementu ludzkości. Elementy ludzkości w ogóle są jego mocną stroną – jest zakochany, zdradzony, kieruje nim chęć zemsty. To jak nie Bond przecież. Bondowi nie przystoi. Bond powinien być wiecznie profesjonalny i nie okazywać żadnych uczuć, co najwyżej odrobinę zachwytu kobiecą urodą. Na szczęście nowy Bond (już drugi) jest inny. I niech tak zostanie. Temu filmowi mam do zarzucenia głównie to, że już w pierwszej scenie rozwala bezlitośnie dwie przepiękne Alfy Romeo, a przy mojej wielkiej pasji do tej …