Wszystkie wpisy z: Kultura

Cono Sur Gewurztraminer Chile 2007

Białe wytrawne znakomite wino. Gewurztraminer okazuje się być jednym z moich ulubionych szczepów. nie jest taki popularny jak Chardonney, Sauvignon Blanc czy nawet Pinot Grigio. Pochodzi oryginalnie z Alzacji, ale przesadzono go czas jakiś temu również w Australii, Chile i innych krajach Nowego Świata. Jak piszą znawcy – jest kapryśny w uprawie. Dla mnie oznacza to tyle, że jest po prostu wymagający. I już go w związku z tym lubię. Cono Sur Gewurztraminer Chile 2007 w opinii dystrybutora „odznacza się kompleksowym i wyrazistym nosem, bogatym w aromaty świeżych owoców, różanych pąków ze szczyptą przypraw i owoców liczi. W ustach ekspresyjne, świeże i wytworne, z nutami owocowymi. Wino bogate, dobrze zbalansowane, o długim zakończeniu.” Hm … nos to ja mam. Wino nosa raczej nie ma. Ale i tak polecam. Jest po prostu ciekawsze w smaku niż inne, płytkie białe wina. Bardzo godne polecenia. Można kupić tutaj. W skali od 1 do 10 daję 8. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. …

Castel Firmian Pinot Grigio Trentino 2007

Bardzo delikatne, typowo włoskie wino na ciepłe letnie popołudnia i wieczory. Dość eleganckie, ale raczej okrągłe i bez wielkich wzlotów, czy elementów wyróżniających. Przyjemne, nie za kwaśne i pomimo rocznika 2007 nie okazujące typowych objawów młodego wina. Producent opisuje je jako wytrawne, eleganckie z delikatną kwasowością, owocowe z lekką nutą rumianku. Rumianku nie poczułam, ale lubię Pinot Grigio, szczególnie w upały. W skali od 1 do 10 daję 7. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Angielska robota

Jak się ogląda film, którego fabuła oparta jest na faktach, zatem znane jest zakończenie? To zależy od filmu. Zazwyczaj bardzo tego nie lubię, dlatego rzadko zdarza mi się czytać np. recenzje filmów zanim się na nie wybiorę. Wiem nie od dziś, że jeden z drugim mądrym recenzentem są w stanie a to opowiedzieć pointę, a to spalić najlepszy dowcip filmu, a to podsumować tak, że już nie trzeba wcale iść do kina, bo wszystko jasne. Temu mojemu nastawieniu nie poddała się „Angielska robota” („The Bank Job”). Historia jest znana, wszyscy wiedzą, że napad się udał, a sprawcom nie zrobiono nic. Wcale jednak ta wiedza nie przeszkadza w emocjonowaniu się akcją w trakcie filmu. I to, moim zdaniem, jest najlepsza recenzja filmu kryminalnego. „The Bank Job” to pyszne brytyjskie kino. Pyszne, bo oparte o niesamowitą wręcz historię napadu na skarbiec banku i kradzieży nie tylko ogromnej gotówki, ale – co ważniejsze – licznych materiałów kompromitujących londyńską elitę, łącznie z rodziną królewską. Pyszne, bo zagrane w świetny sposób. Aktorami nie „wyświechtanymi”, czyli takimi, którzy nie pojawiają się …

Gdzie jesteś Amando?

„Gdzie jesteś Amando?” („Gone Baby Gone”) umknęło mi w kinach. Z dużym zadowoleniem przyjęłam więc jego premierę na DVD. Oczywiście nigdy nie jest tak, żeby ekran telewizora potrafił choćby w najmniejszym stopniu zastąpić ekran kinowy, ale zawsze to jakaś namiastka. Dużo słyszałam o tym filmie. bardzo mnie ciekawił głównie za sprawą książki, na której oparto scenariusz. „Gone Baby Gone” jest autorstwa Dennisa Lehane’a. Tego samego, którego „Rzekę tajemnic” z wielkim powodzeniem na ekran przeniósł Clint Eastwood. Jeśli ktoś pisze takie historie, zdecydowanie musi się spodziewać ich ekranizowania. Nie jest to jednak proste i bardzo obawiałam się efektu w przypadku „Amandy”, zwłaszcza, że za scenariusz i reżyserię zabrał się Ben Affleck. Być może moja ostrożność i nieufność wobec Bena Afflecka spowodowały, że film odebrałam nad wyraz pozytywnie. To kino nie tylko wciągnęło mnie w historię, ale zaintrygowało, zastanowiło, sprowokowało do myślenia. Postawiłam siebie w sytuacji głównego bohatera, zaczęłam się zastanawiać jak bym zareagowała. Słowem, stało się wszystko to, czego od dobrego kina oczekuję – przeniosło mnie w swój klimat i zajęło swoim tematem, całkowicie. A temat prosty …

Stacyjka Zdrój w Teatrze Ateneum

„Stacyjka Zdrój” nazywana jest sentymentalną wycieczką po twórczości Kabaretu Starszych Panów. To kompilacja piosenek z repertuaru Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Andrzej Poniedzielski dopisał do tych piosenek fabułę i okrasił swoimi dialogami. Spodziewałam się więc pięknych piosenek i „łączników” tekstowych. Łączniki jednakże nad wyraz się autorowi udały, tym samym stały się czymś znacznie więcej niż tylko zwykłymi spoiwami, nadały całości piękny, melancholijny i skłaniający do refleksji sens. Poniedzielski przeniósł akcję w zaświaty – wszystko dzieje się „tam” po śmierci bohaterów, ale to „tam” nazywane jest przez nich „tu”, a „tam” oznacza naszą rzeczywistość. Tytułowa Stacyjka to ostatnia stacja w życiu każdego z bohaterów. Przy czym wszyscy są tam nowi, jeszcze nie wiedzą co się stało, jeszcze nie rozumieją jak i gdzie się znaleźli. W niezrozumieniu owym zresztą pozostają. Fabuła to typowy przedstawiciel twórczości Poniedzielskiego. Od dawna go podziwiam, uwielbiam jego zabawy słowne, popisy których można znaleźć w „Stacyjce Zdrój”. Mamy więc słowotwórstwo w stylu „nevergreen”, „samowicie”, mamy też Jupitera (YouPiter), który okazuje się być Piotrem … bez ambicji na świętego („w angielskim emigranta YouPeter mogłoby …

2 dni w Paryżu

Sezon wakacyjny w pełni. W kinach coraz mniej filmów, na które z pewnością trzeba się wybrać, już powoli zaczyna brakować takich, na które w ogóle można się wybrać. Tym lepiej na tym tle odbija się komedia romantyczna „2 dni w Paryżu”. To film jednego nazwiska – Julie Delpy. Julie przypomina swoją bohaterkę – dzielną, niezależną kobietę – sama wyreżyserowała, zmontowała, wyprodukowała całość i zagrała rolę główną. Dobrała sobie nawet do roli ojca – swojego ojca. Całość jest więc wydarzeniem bardzo autorskim, ale też zrobionym w miłej, kameralnej atmosferze, co można z filmu zobaczyć. Mam wrażenie, że w większości filmów dobra atmosfera na planie przekłada się na dobrą jakość filmu … choć z pewnością kolejne części „Oceans Eleven” znakomicie zaprzeczają tej teorii. Film śmieszy wszystkich tych, którzy nie znają Francuzów. Znam kilka osób, które nację francuską znają tak dobrze, że żaden już dowcip na ten temat ich nie rozbawi. Mnie film bawił bardzo, momentami do łez. Głównie opiera się na różnicach międzykulturowych, co już samo w sobie jest ciekawostką. Oczywiście wykorzystuje też stereotypy i to zarówno …

Branford Marsalis w Sali Kongresowej

Trzeci dzień Warsaw Summer Jazz Days. Ciągle nie mogę uwierzyć, że tyle gwiazd może wystąpić w Kongresowej w jednym tygodniu. Zastanawiam się, jak zareaguję na koncert dzisiejszej gwiazdy – Branforda Marsalisa. Mam do niego stosunek szczególny. Właściwie można powiedzieć, że Marsalis jest sprawcą tego, że słucham jazzu. Usłyszałam go pierwszy raz na płytach Stinga, tak, to on jest autorem słynnej solówki do „Englishman In New York”. To on otwarł dla mnie świat dźwięków muzyki synkopowanej, to przez jego płyty dochodziłam po kolei do innych wielkich muzyków, choćby do Milesa. „Mo’ Better Blues” z udziałem jego kwintetu to moim zdaniem najlepsza ścieżka dźwiękowa do filmu napisana kiedykolwiek. A projekt Buckshot Lefonque, z przepiękną wzruszającą kompozycją „Another Day” do dziś – moim zdaniem – nie miał godnego następcy łączącego tak umiejętnie jazz, funk i hip-hop. Odczuwam więc do Branforda Marsalisa rodzaj pewnej czci. Wyznaję go trochę jak religię. Nie dam złego słowa powiedzieć. Ale siedząc na Sali Kongresowej, zastanawiam się, co może zrobić Branford Marsalis po wczorajszym trzęsieniu ziemi – Bobbym McFerrinie. Jak może mnie porwać ktoś, …

Bobby McFerrin w Sali Kongresowej

Wielkim, ciągle niezmienionym zdumieniem napawa mnie fakt, że do Warszawy mogą przyjechać na jeden festiwal takie gwiazdy jak Chic Corea, Bobby McFerrin, Pat Metheny i Branford Marsalis. To jest absolutna czołówka światowa i to oznacza, że Warszawa nabiera coraz większego znaczenia na mapie jazzowych miejsc na świecie. Na koncercie McFerrina nie byłam nigdy, toteż mój szok i zachwyt miał znamiona z jednej strony wrażeń nowicjuszki, ale z drugiej był pełny, szczery, totalny i całkowicie spontaniczny. Bobby wychodzi na scenę sam, ale sam nie jest. Na niczym nie gra, ale robi znacznie więcej muzyki niż trio wokalne wspomagające się elektronicznie występujące tuż przed nim. Zaprasza gości, ale nie po to, by nad nimi górować kunsztem, lecz po to, by po partnersku współtworzyć z nimi dźwięki, rytmy, harmonię, muzykę. Zaprasza publiczność, ale nie tylko do zabawy czy zwykłego bicia brawa, zaprasza do muzyki, ustawia koncert na głosy publiki i swój, łączy wszystko w całość i umożliwia piękną interakcję. Skromny, w T-shircie i dżinsach, siada na krześle i zaczyna wybijając rytm o klatkę piersiową intonować kolejne melodie. Pierwsze …

Seks w wielkim mieście

Na początku od razu wyjaśnię, żeby nie było wątpliwości – bardzo lubiłam serial. Drugie wyjaśnienie dotyczy moich oczekiwań – nie oczekiwałam dzieła, głębokich emocji, ani większych przeżyć. Chciałam się dobrze bawić. Nie sądziłam jednak, że prócz paru dowcipów, czeka mnie też ogromne zażenowanie i wstyd. Że ktoś coś takiego w ogóle nakręcił. Nie staję po żadnej ze stron w wojnie o marki, metki, drogie ciuchy i buty (szczególnie buty) czyli powszechny materializm i konsumpcjonizm bohaterek. Byłam na to przygotowana w jakimś stopniu. Jednak, jak się okazało, w niewystarczającym. Po wyjściu z kina dotarło do mnie, że właściwie mam jeden problem w życiu: nie mam kolekcji nowych butów po 525 USD za parę. To dramat. Zastanawiałam się nawet, czy twórcy po prostu nie chcieli wyśmiać swojego własnego serialu – na zasadzie „chcieliście film – to macie”. Ale to jednak niemożliwe, oni zrobili to na serio. W jedynym momencie, kiedy byłam o krok od wzruszenia, w scenie pożegnania Carrie ze swoją asystentką, główna bohaterka mówi „Przywróciłaś mnie do życia” … a co odpowiada asystentka? Jakieś propozycje? „A …

Things We Lost in the Fire („Druga Szansa”)

W tym filmie nie popisał się tylko tłumacz tytułu. Obserwuję tę dziwną manierę polskich tłumaczy, którzy udają, że wiedzą więcej, że lepiej zrozumieli bądź pomogą widzom w lepszym zrozumieniu. Bardzo mnie to irytuje i uważam, że twórcy powinni sobie tytuły zastrzegać. Jeśli tytuł nie jest idiomem lub faktycznie czymś nieprzetłumaczalnym, jakim prawem tłumacz uważa, że lepiej dopasuje polskie brzmienie tytułu? Ale to naprawdę jedyna rzecz, która mi w tym filmie nie odpowiada. Poza tym, kino jest inteligentne, niebanalne i niedosłowne. Potrzebowałam takiego filmu, który na fali już powoli wchodzącej letniej ramówki telewizyjnej odbija się od rzeczywistości mocnym kontrastem. Film jest o utracie bliskiej osoby, o szczęśliwej miłości i jej nagłym braku, o wieloletniej męskiej przyjaźni, o walce z nałogiem, o śmierci bliskiej osoby. Film jest o wielu ważnych tematach i nie popada w zbytni sentymentalizm, ani przesadę praktycznie w żadnym momencie. Ma kilka smaczków. Takich jak niechronologiczny montaż czy jak słuchanie muzyki przez słuchawki – słyszy ją również widz. Głośniej niż muzykę w tle. A potem, kiedy bohater ściąga słuchawki, muzyka zamienia się właśnie w …