Wszystkie wpisy z: Kultura

21

Czekałam na „21” od czasu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun. Dynamiczny, świetnie zrealizowany – wręcz teledyskowo, z Kevinem Spacey, o hazardzie … nic tylko oglądać. To było kilka miesięcy temu, ale pomimo tego pamiętałam o tym filmie i wyraźnie się niecierpliwiłam, że jeszcze go nie ma (choć większość zwiastunów zapominam po 15 minutach od ich obejrzenia). Na dodatek ten film wyprodukował sam Spacey, więc dodatkowy plus. Mam duży szacunek dla tego aktora. Fabuła jest znakomita, trzeba przyznać, choć żadna to zasługa filmu. Być może tylko należy docenić pomysł sfilmowania książki Bena Mezricha “Bringing Down the House: The Inside Story of Six M.I.T. Students Who Took Vegas for Millions”. Po takim tytule wszyscy wiedzą o co chodzi w filmie. Szczególnie utalentowani matematycznie studenci pod okiem swojego profesora matematyki wygrywają w Vegas duże pieniądze. Proste. Niby tak, ale film trwa ponad 2 godziny. Moim zdaniem za długo. Oczywiście są momenty, że napięcie trzyma, ale są niestety i takie, gdzie widz ucieka myślami w inną stronę. Trochę za dużo kolejnych karcianych akcji, zbliżeń samych kart, twarzy graczy …

Cassandra Wilson “Loverly”

Kiedy wydaje płytę Cassandra Wilson, fani wiedzą o tym z dużym wyprzedzeniem i na tę płytę czekają. Światowa premiera najnowszego CD Cassandry miała miejsce 10. czerwca 2008, ale w przedsprzedaży można było już kupić tę pozycję od kilku dni. Kupiłam. Przesłuchałam kilkakrotnie. Cassandra tym razem klasycznie, oszczędnie, wręcz minimalizuje środki artystyczne. Wykorzystuje dosłownie kilku muzyków na dosłownie kilku instrumentach. Jest więc gitara, fortepian, kontrabas, perkusja i są standardy jazzowe. Znane od lat, ale … no właśnie to „ale”. Ile można jeszcze wycisnąć z Czarnego Orfeusza, którego wszyscy znają, grają i śpiewają, nawet na weselach, statkach czy w jeszcze mniej jazzowych okolicznościach. Ograny do bólu na płycie Cassandry zachwyca świeżością. Podobnie interpretacje „The Very Thought Of You” czy „Caravan” są jakby inne od dotychczasowych. Nie mówiąc już nic o „Lover Come Back To Me”, którego osobiście nie mogę słuchać. Tak bardzo przywykłam do innego tempa i rytmu tego utworu, że akompaniująca Cassandrze gitara doprowadza mnie w tym utworze do szału. Szał to też jakieś emocje. Mój osobisty hit tej płyty to „Spring Can Really Hang You …

Rolling Stones w blasku świateł

Nie warto iść na ten film jeśli nie lubi się Rolling Stonesów, ale jeśli się ich lubi … nie można tego filmu nie obejrzeć. To ciekawe podejście do filmu dokumentalnego, praktycznie rzecz biorąc nie jest to film dokumentalny, a zapis koncertu. Początkowo akcja koncentruje się wokół kręcenia samego filmu, są wypowiedzi muzyków i Martina Scorsese. Przez jakiś czas trwa zastanawianie się nad dwiema pierwszymi piosenkami, co jest w sumie bardzo zabawne, bo widz odnosi wrażenie, że nikt – ani muzycy ani reżyser – nie wie od czego zaczną. Zdradzę tajemnicę – zaczynają od Jumpin’ Jack Flash, a potem jest już tylko lepiej. Jeśli ktoś był na koncercie Rolling Stonesów, a ja byłam, to na pewno pamięta jaką energię przekazują muzycy publiczności. Mój koncert odbył się na stadionie, ten sfilmowany w sali teatralnej, ale różnica w ilości publiki w niczym muzykom nie przeszkadza. Jagger to po prostu sceniczne zwierzę i trudno sobie wyobrazić, by robił w życiu cokolwiek innego. Koncert przebijają fragmenty wywiadów z różnych telewizji, z różnych lat, wywiadów głównie historycznych. Bardzo zabawne fragmenty o …

John McLaughlin w Sali Kongresowej

Nigdy nie przepadałam szczególnie za Mahavishnu Orchestrą, to nie mój rodzaj jazzu, za mało w nim swingu, za dużo krzykliwych gitar. Zawsze natomiast miałam spory szacunek do lidera formacji – Johna McLaughlina – za to, co wyprawia z gitarą, a właściwie za to, co przy pomocy gitarowych dźwięków wyprawia z ludźmi słuchającymi jego muzyki. Poniedziałkowy koncert w warszawskiej Sali Kongresowej miał być więc dla mnie jedynie ciekawostką, możliwością usłyszenia na żywo legendy gitary jazz-rockowej. Był czymś więcej. Jak już zauważyła – zawsze na bieżąco nadająca – JazzGazeta, McLaughlin dał czadu. Wyszedł na scenę starszy pan, wyprostowany, elegancki, w formie, ale jednak siwiuteńki. Punktualnie, bez żadnego udowadniania spóźnieniami, kto to jest gwiazdą, po prostu wszedł z zespołem, nie zachowując kolejności, nie robiąc z tego show. Przystroił odrobinę gitarę i zaczął. Grał przekrój swoich utworów z różnych lat – swoją drogą, jak to miło, że ktoś może z takiej kolekcji wybierać. Były i ballady i nawet funky. Zaskoczył mnie brzmieniem swojej gitary, znacznie mniej jazz-rockowym niż bym się spodziewała, znacznie bardziej fusion. Ale były też momenty romantyczne …

Kayah Prestige Tour

Nie pamiętam kiedy, nie pamiętam czy kiedykolwiek miałam łzy w oczach na czyimś koncercie. Może jak byłam małą dziewczynką. I dzisiaj. Przy „Na pół”. Zasłoniłam się rękami w pozycji obronnej, skuliłam się jakby trochę bardziej niż zwykle, próbowałam osłonić od tych emocji, które ten utwór we mnie budzi. Nie było szansy. Potem zobaczyłam, że Kayah też się trzyma ręką w pasie, a jeszcze później, już w przerwie, przyznała, że się trzyma w ten sposób. Ciarki po plecach. Kayah uwielbiam od płyty „Kamień”. Już kiedyś pisałam o moich wrażeniach związanych z płytą „Unplagged”. A dzisiaj miałam to wszystko zmutowanej formie, na żywo podczas koncertu z cyklu Kayah Prestiże Tour. Zupełnie niezwykłe wydarzenie. Wszystkie te koncerty, w których ostatnio uczestniczyłam są zupełnie niczym w porównaniu do tego. Oczywiście głos jak dzwon, także na żywo. Piękne, czyste dźwięki. Tym bardziej trudne, że przecież Kayah szaleje na scenie. Tańczy, opowiada, klaszcze, biega po widowni, po prostu jest, bardzo intensywnie jest i pomimo tego ciągle śpiewa czysto. Nie ma sensu opowiadać o tym koncercie oceniając kolejno poszczególne elementy. Cały zespół …

Peter Cincotti w Sali Kongresowej

Tak to jakoś jest ostatnio z tymi artystami około-jazzowymi, że ich ostatnie płyty są inne niż wszystkie poprzednie. Te ostatnie płyty robią zawrotną karierę i z promocją tych właśnie płyt, artyści ci występują w Polsce. Problem polega na tym, że ja zazwyczaj pamiętam ich z płyt poprzednich. Tak było z Chrisem Bottim, a teraz z Peterem Cincottim. Petera znam z płyt jazzowych. Uważam go za świetnego wokalistę, zresztą jego dotychczasowy życiorys moją opinię o nim potwierdza. Na przykład dostał nagrodę za interpretację „A Night In Tunesia” Dizziego Gillespiego na bardzo prestiżowym jazzowym festiwalu w Montreux. Na płycie „On the Moon” zachwycał wykonaniem „St. Lewis Blues” i „I Love Paris”, na płycie „Peter Cincotti” kompletnie odlotowym wykonaniem „Sway” i „Are You The One”. To były prawdziwie jazzowe standardy i prawdziwie jazzowe wykonania. Co się stało z Peterem Cincottim na ostatniej płycie? Nie wiem. „East of Angel Town” to płyta, którą jako pierwszą Petera wyprodukował David Foster. Mamy więc na tej płycie klawesyn, kwartet smyczkowy i kilka innych ciekawych brzmień, wszystkich osiąganych w sposób sztuczny – z …

Cassandra Wilson w Sali Kongresowej

Cassandra Wilson znana jest z ciekawych projektów muzycznych. Poza swoimi solowymi płytami, często występuje z muzykami reprezentującymi mocno awangardowe kierunki jazzu. Przez wiele lat nagrywała z Stevem Colemanem, a jej najnowszym towarzystwem muzycznym jest David Murray & Black Saint Quartet. Na koncercie w warszawskiej Sali Kongresowej muzycy promowali swoją płytę „Sacred Ground”. Koncert bardziej był promowany jako występ samej Cassandry niż mniej znanego polskim odbiorcom Davida Murray’a, ale wszyscy muzycy i wokalistka na scenie okazali się być po prostu partnerami. Koncert zaczął się od kawałków instrumentalnych. Po dwóch pierwszych, weszła na scenę Cassandra … „My name is Cassandra, they call me a prophet of doom” zaśpiewała i od tego momentu właściwie sala była już szczęśliwa. Poza Cassandrą i Davidem wystąpili Lafayette Gilchrist – fortepian, Andrew Cyrille – perkusja i basista Jaribu Shahid. Piszę o partnerstwie w muzyce, bo to wcale nie takie popularne, by tej klasy muzycy po prostu dobrze się ze sobą bawili, improwizowali w równie genialnym stopniu, czy grali demokratycznie kolejno soje kompozycje. Nie było kompozycji Cassandry, ale ona – jak to gwiazda …

Chris Botti w Filharmonii Narodowej

Odgrzewana recenzja nie jest tym, o co najbardziej mi chodzi na Froblogu, ale nie pisałam jakiś czas, a wydarzyło się kilka ciekawych rzeczy w międzyczasie, chciałam je więc udokumentować. Dziś o Chrisie Bottim. Chrisa znam od kilku lat i słucham jego płyt od czasów „A Thousand Kisses Deep” czyli od 2003 roku. Kiedy dotarła do mnie „Italia” – najnowsze wydawnictwo, wiedziałam już, że nie jest dobrze. Kierunek, w którym zmierza Chris Botti nie jest tym, czego bym oczekiwała. Jest – jak jego włosy – jakby coraz bardziej cukierkowy blond. Takie hity jak „Ave Maria”, być może tylko w Polsce źle kojarzone ze standardem ślubnym, i „Nessun Dorma” nie powinny się zdarzać w wydaniu szanujących się muzyków, nawet smooth jazzowych. Trąci łatwą komercją i nieszczęsnym snobowaniem się na klasykę. Moim zdaniem ze stratą dla klasyki. Podobnie zresztą uważam, że śpiewanie przez trzech tenorów przebojów muzyki rozrywkowej nie jest tym, o co mi chodzi. Każdy powinien znać swoje miejsce. Mam zresztą wrażenie, że zazwyczaj muzycy wiedzą, w czym czują się najlepiej, a łamią te standardy wyłącznie dla …

Aż poleje się krew

Nie lubię polskich tłumaczeń. „Aż poleje się krew” to dla mnie nie to samo, co „There will be blood” podobnie jak ostatnie zdanie tego filmu „I’m finished” nie oznacza dokładnie tyle samo, co „Skończyłem”. „There will be blood” to film pokazowy Daniela Day-Lewisa. Główna rola męska jest zdecydowanie najmocniejszym akcentem tego dzieła. Day-Lewis nie od dziś jest wybitnym aktorem, żadne to więc zaskoczenie. Właściwie wszystkie jego kreacje to totalnie inne postaci. Gdyby nie był fizycznie do siebie podobny, byłby nierozpoznawalny. To jest aktor, który gra całością siebie, utożsamia się absolutnie z przedstawianą postacią. Całością, czyli gestami, mimiką, wyrazem twarzy, spojrzeniem, tonem głosu, sposobem mówienia, poruszania się … po prostu całością. Jest innym człowiekiem zależnie od tego, czy gra „Mojej lewej stopie”, „W imię ojca” czy w „Aż poleje się krew”. Poza rolą główną „There will be blood” to film nienajlepszy. Nakręcony z myślą o Oscarach, ale zbyt długi, zbyt widokowy, przesadzony. 158 minut filmu, podczas którego spogląda się na zegarek kilkakrotnie. Ileż można oglądać widoków tej amerykańskiej prerii? To, co dopełniało całość w „Tajemnicach Brokeback …

Marcin Wasilewski Trio „January”

Dlaczego Simple Accoustic Trio nazywa się teraz Marcin Wasilewski Trio? Tego nie wiem, być może na potrzeby wytwórni ECM, która lubuje się w nazwiskach nietypowych dla anglosaskiej kultury – skandynawskich, niemieckich, wygląda na to, że i polskich. W każdym razie nagrać płytę dla ECM to jest coś dla każdego muzyka jazzowego. „January” to piękna płyta. Płyta, którą Marek Niedźwiecki określiłby muzyką ciszy. Trójka znakomitych muzyków – Marcin Wasilewski (fortepian), Sławomir Kurkiewicz (kontrabas), Michał Miśkiewicz (perkusja) sobie gra. W tym związku każdy jest równorzędnym partnerem. Panowie znają się od lat. Pamiętam ich jeszcze z czasów warsztatów jazzowych, kiedy jako 17to-letni młodzi, ale już niezwykle utalentowani muzycy grywali na jam sessions … Nie chcę ich pamiętać z tamtych czasów. Wolę tę dojrzałą, piękną, wyciszoną muzykę z płyty „January”. Zakładam, że tamci ludzie to inni ludzie. Płyta jest pełna perełek. Trochę jak delikatny perełkowy wzór rosentalowskiej porcelany. Tę płytę „pociągnąć” – a zatem przybliżyć szerszemu gronu – miał pewnie utwór Prince’a „Diamonds and Pearls”. Wcale się nie dziwię, to jest muzyka, od której nie sposób się oderwać.  Dźwięki …