Wszystkie wpisy z: Kultura

Wojciech Kuczok „Senność”

Mam do Kuczoka stosunek mocno sentymentalny. Nie tylko dlatego, że jest ze Śląska. Również dlatego, że dane mi było przez rok chodzić z nim do klasy. Pamiętam, jakie miał problemy z nauczycielami i z przystosowaniem. Pamiętam, jak bardzo odstawał od reszty. Pamiętam, jakie genialne wiersze pisał i jak bardzo był niezrozumiany przez choćby polonistkę. Kiedy czytam dzisiaj jego powieści, nie mogę się uwolnić od tamtych wspomnień. Zawsze gdzieś znajdę tego zagubionego chłopca, który szuka swojej drogi. Podobnie jest w „Senności”, książce, która powstała na podstawie szkicu scenariusza napisanego dla Magdy Piekorz. Czytam te jego powieści zachłannie. Zazwyczaj siadam i nie wstaję dopóki nie przeczytam. Fragmenty z gwary śląskiej zdarza mi się czytać po kilka razy, z dużym sentymentem, z tęsknotą trochę. Ale czytam je zachłannie, także dlatego, że to piękna polszczyzna, słowa dobrane, mocne lub delikatne, frazy mają oddech, to się samo czyta, nie trzeba się trudzić. Tym razem Kuczok opisuje kilka historii ludzi, których losy w końcu się splatają. Bardzo to filmowy zabieg. Nie ma molestowania, ale są trudne miłości. Jest homoseksualizm, „mocny” ojciec, …

Al Jarreau w Sali Kongresowej

Zaczęło się od wzruszeń. Z głośników na powitanie popłynęła oryginalna zapowiedź w wykonaniu Leopolda Tyrmanda i Romana Waschko sprzed 50 lat nowego (wtedy) festiwalu jazzowego. A potem na scenę wszedł Jan Ptaszyn Wróblewski i zagrał Swanee River – standard, który zawsze otwiera Jazz Jamboree. I zaczęło się po raz 50ty. Wzruszenia trwały, kiedy na scenę powoli wchodził band gwiazdy wieczoru – Ala Jareau. I tu zaskoczenie, Al nie wszedł ostatni jak gwiazda, wszedł jako pierwszy i zaczął od śpiewu a capella. Powoli dochodził do mikrofonu, a kiedy przy nim stanął, cały zespół był już na miejscu i zaczęło się. Dwie godziny totalnych popisów i ekwilibrystyki wokalnej. Głos nieco tylko stracił na sile, choć w dalszym ciągu Al może pozwolić sobie na trzymanie mikrofonu na wysokości pasa i bycie bardzo dobrze słyszanym. Szalał na tej scenie już głównie wokalnie. Niestety widać, że choroba, która utrudnia mu poruszanie się, nie pozwala mu na normalne dla niego tańce. Przebiegł po różnych swoich przebojach, śpiewając je niejako z musu, na zasadzie „na pewno chcecie to usłyszeć, więc proszę”. Ale …

“Caminho” Dorota Miśkiewicz

Dorota Miśkiewicz śpiewa na tej płycie w rytmach latynoamerykańskich, głównie. To taka płyta, którą można sobie włączyć, kiedy się chce odprężyć i poczytać coś dobrego. W tle będzie sobie spokojnie akompaniowała, nie zakłóci spokoju, ale też nie spowoduje ani dużych emocji ani głębszych wzruszeń, po prostu będzie miło i przyjemnie. Moim zdaniem, taka muzyka jest bardzo potrzebna i wypełnia lukę pozostałą po tych wszystkich, którzy chcą coś wykrzyczeć lub po prostu zrobić wrażenie. Dorota spokojnie swingując przechodzi przewija się przez tę płytę. Teksty są trochę o miłości, trochę o niczym. Jest jeden tekst o braku tekstu, ale jakże lepszy i dowcipniejszy od słynnego Teksańskiego Kasi Nosowskiej. W sumie płyta poprawia humor i podsuwa kilka melodyjek do nucenia. Wchodzą w słuch bezwiednie. Nagle, gdzieś tak po tygodniu, łapię się na tym, że coś nucę … nawet nie wiem, co to dokładnie jest. Chwilę analizuję i przypominam sobie – to „Nucę, gwiżdżę sobie”. Trochę szkoda, że nie słyszę Doroty Miśkiewicz w jazzujących, swingujących odsłonach, do których jej głos nadaje się przecież idealnie. Barwa drapiąca jak u Ewy …

Bernard Maseli & Krzysztof Ścierański w Jazzowni Liberalnej

Najbardziej lubię Benka (bo jakoś tak jest, że jestem z nim na „Benek”, choć z Krzysztofem jestem na „Krzysztof” – nie, żebym kiedykolwiek z nimi rozmawiała, ale gdybym rozmawiała to tak bym do nich mówiła) kiedy stoi na scenie, z lekko przechyloną głową, z pięknymi smutnymi oczami, zazwyczaj zmęczonymi i patrzy – spod tej swojej zwykle za długiej (bo taki ma styl) grzywki – na publiczność, czasem się uśmiecha, ale to tylko w odwzajemnieniu uśmiechu. Patrzy głównie na kobiety – a penny for your thoughts my dear! Kiedy tak patrzy, ja mam ochotę zapomnieć o całym świecie i patrzeć na niego. W jego oczach można byłoby utonąć. Ale to miała być recenzja muzyczna przecież. Krzysztofa Ścierańskiego słyszałam ostatnio, kiedy miałam 17 lat. Pamiętam swoje wrażenia, przyspieszone bicie serca przez wiele godzin po koncercie, pobiegłam po autograf, coś mu opowiadałam zachwycona, uśmiechał się spod wąsa … Eh, to były czasy. Potem, jego zdjęcie wiele miesięcy wisiało nad moim łóżkiem. Zamieniłam go dopiero na Milesa. Mam nadzieję, że nie miałby nic przeciwko. Co się zmieniło od tego …

Kobiety (Women)

Miałam wrażenie, że to miał być hit. Miałam wrażenie, że był reklamowany przez ostatnio pół roku właśnie po to, żeby podsycać zaciekawienie i w końcu uderzyć w sedno. Miałam wrażenie, że będzie powtórka efektu z „Love Actually” czy chociaż „Deavil wears Prada”. Niestety. Nic z tego. Meg Ryan, Annette Bening, Eva Mendes, wszystkie one nie zatuszowały złego wrażenia. Bardzo lubię Meg Ryan, nie wierzę oczywiście w to, że jest jakąś szczególnie dobrą aktorką, ale po filmach z nią w roli głównej spodziewam się wprowadzenia mnie w dobry nastrój i niczego więcej. Niestety i tego zabrakło. W filmie nie ma ani jednego mężczyzny. Chyba nawet cała ekipa realizująca jest damska, a przynajmniej najważniejsze osoby – reżyserka, scenarzystki. Nie wiem, czy to jest argument sam w sobie i dla kogo? Moim zdaniem panie udowodniły, że sobie nie radzą. Nie chciałabym, żeby tak się kończyły przedsięwzięcia organizowane przez kobiety. Oczywiście, nie twierdzę, że gdyby brali w tym udział mężczyźni, byłoby lepiej. Nie, mogłoby być równie kiepsko. Jedyną uwagę przykuwa fakt, że Meg Ryan zmieniła typ odgrywanych ról – …

Tajne przez poufne (Burn After Reading)

Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że Coenowie zrobili ten film mimochodem, jakby lewą rączką, jako przerywnik między „To nie jest kraj dla starych ludzi” i czymś nowym, ważnym i poważnym. Ale to jest właśnie ich styl. Mają przecież w filmografii zarówno „Fargo” jak i „Bracie, gdzie jesteś”. „Tajne przez poufne” to komedia bezsensów. Cała jest jednym wielkim bezsensem. Ale przy tym niezwykle zabawnym. Takim filmem, po którym teoretycznie można byłoby wyjść z kina i powiedzieć do siebie „no i co z tego”. Ale i tu Coenowie wyprzedzają myśli widzów i sami zadają to pytanie ustami jednego z bohaterów. No i w tej sytuacji widz zostaje bezradny 😉 Film nie ma większego sensu, nie skłania do większych wniosków, po prostu zmusza do śmiechu i tyle. Do tego jeszcze Brad Pitt występuje w roli totalnego głupka i po raz pierwszy chyba mam wrażenie, że ma do jakiejś roli naturalne predyspozycje. Proszę mi wybaczyć uszczypliwość, wyjątkowo nie lubię tego aktora. Dla uspokojenia dodam, że Georgie Clooney też na inteligenta w tym wszystkim nie wyszedł. Właściwie jest tylko jedna …

Elegia

Zastanawiam się, czy pamiętam, kiedy ostatnio płakałam w kinie. Nie, nie pamiętam. Kiedy ostatnio jakieś kino zmusiło mnie do myślenia na trochę dłużej niż 10 minut? Tego też nie pamiętam. Kiedy się utożsamiałam z postacią, tak bardzo, że chciałam krzyczeć na tę drugą postać, która – w moim przekonaniu – wszystko zniszczyła. Nie wiem, nie wiem, czy w ogóle kiedyś. A czy kiedykolwiek było tak, że towarzysząca mi osoba płci przeciwnej utożsamiała się z druga postacią? I każde z nas miało inne spojrzenie na całą sytuację. Do tego wszystkiego zmusiła mnie „Elegia”. Philipa Rotha uwielbiam. Zaczytywałam się „Kompleksem Portnoya”, uwielbiałam jego obrazoburczość, brutalność, dosadną seksualność. Robił na mnie ogromne wrażenie. Byłam nastolatką, kiedy to czytałam, ale towarzyszyły mi znacznie większe wypieki na policzkach niż przy innych książkach z tamtego okresu. „Konającego zwierzęcia”, na podstawie którego nakręcono „Elegię”, nie czytałam. Ale mam mocne przypuszczenie graniczące z pewnością, że nie mógł tego napisać tak, jak zostało to pokazane. I dlatego chylę czoła przed reżyserką – Isabel Coix. Myślę, że wydobyła kobiecy element bardzo męskiej prozy Rotha. Ale …

Hardys Sailing Colombard Chardonnay Australia 2007

To ostatnio moje ulubione wino w kategorii 20 zł za butelkę. Kupuję je w Leclercu i bardzo sobie chwalę. Białe, wytrawne. Australia 2007. Szczepy Colombard i Chardonnay. Bardzo delikatnie kwaskowe, nie zabija kwasowością, jak niektóre w podobnej cenie. Dobrze schłodzone idealnie się nadaje na letnie ciepłe wieczory. Oczywiście nie jest to wino o mocnym charakterze, nie wybija się, nie ma osobowości, nie tworzy idealnych kompozycji, ale jest ciekawsze niż większość propozycji z podobnej „półki”. Australia zresztą świetnie się spisuje w tej kategorii (mam wrażenie, że w każdej innej również). Opis fachowy pobrany z Galerii Trunków: „Wino to ma jasnosłomkową barwę z zielonymi odcieniami. Świeży aromat dojrzałych owoców tropikalnych z nutami kwiatowymi. Lekkie, z odcieniem cytrusów i gruszkowym zakończeniu. Polecane do letnich owoców, miękkich serów, owoców morza, drobiu.” I tym razem, z gruszką faktycznie się zgodzę. W skali od 1 do 10 daję mocne 5 Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Uprowadzona (Taken)

Sezon ogórkowy – jak wiadomo – nie sprzyja wielkiemu kinu. Są wakacje i w końcu trudno się dziwić, że ludzie raczej wolą roztrząsać kolejne kierunki wojaży niż kolejne problemy moralne. Na tym tle jednak pojawiają się zarówno tak mierne wydarzenia jak słynny hit wakacyjny „Sex w wielkim mieście” jak i znacznie lepsze, wprawdzie rozrywkowe, jednak ciekawsze kino jak „Uprowadzona” właśnie. Fabuła jest miła, prosta i prawdziwie kryminalna. Rozwiedzeni rodzice, nastoletnia córka, bogaty ojczym, ojciec z poczuciem winy wynikającym z wieloletnich zaniedbań w kontaktach z córką. Córka postanawia wyruszyć na wakacje do Paryża. Ojciec ma spiskową teorię dziejów i wszędzie widzi czyhające niebezpieczeństwo. Początkowo się nie zgadza, potem ulega. Dziewczyna wyjeżdża i zostaje uprowadzona. Ojciec okazuje się być byłym agentem służb specjalnych. Proste? Proste, ale momentami bardzo zaskakujące. Pierwszy plus za zaangażowanie do roli ojca Liam Neesona. To przecież nie jest typowy aktor, który przychodzi nam do głowy w pierwszym skojarzeniu z agentem służb. Powiedziałabym, że w drugim i trzecim też nie. I może dlatego to taka ciekawa postać. Liam Neeson zazwyczaj grywał ciepłe role – …

Marcian Child (Chłopiec z Marsa)

Teoretycznie nie może im się udać. Autor literatury science-fiction , który nie przebolał jeszcze śmierci swojej żony i właśnie zdecydował, by zaadoptować kilkuletniego dzieciaka, po przejściach, któremu wydaje się, że jest z Marsa. Obydwaj pogruchotani przez los, z bagażem doświadczeń, lekko zdziwaczeni i mocno negowani przez otoczenie, które zresztą ich nie interesuje. Żyją trochę z głową w chmurach i to ich łączy. Mają problemy komunikacyjne i to ich dzieli. Film jest o docieraniu się osobowości. Nie tylko o trudnej decyzji o adopcji i późniejszych jej konsekwencjach, ale także o właściwych proporcjach pomiędzy zachowaniem własnego „ja” a dopasowaniem do świata zewnętrznego. John Cusack każdej roli dodaje ujmującego uroku. Powoduje też, że z tego scenariusza, który mógłby spokojnie przerodzić się w ciężki dramat, powstaje film lżejszy, okraszony sporą dawką humoru. John Cusack to postać sama w sobie (uwielbia zresztą grać siebie samego), wybiera role według swojej własnej definicji, często odrzucając takie, które później przysparzają ogromnej popularności innym aktorom. Jest znany z niekonwencjonalnego podejścia do hollywoodzkiego świata, ze swojej niezwykłej urody i poczucia humoru – bardzo podobnego do …