Rok: 2008

Jeff Cascaro “Soul of a Singer”

Wytrawna Cuba Libre, piątkowy wieczór, po całym tygodniu ciężkiej pracy, licznych zmagań i dalekich podróży służbowych. Podróży zresztą zagranicznych, z których się przywozi muzykę. Muzykę, jakiej u nas kupić nie sposób. Tak więc wytrawna Cuba Libre, piątkowy wieczór, a w głośnikach Jeff Cascaro. Znany wąskiemu gronu słuchaczy Mistrza Marka niemiecki wokalista soulowo-jazzowy. „Soul of a Singer” to płyta Jeffa z 2006 roku. Idealnie nadaje się do słuchania z mocną dawką zarówno rumu jak i dynamic bassu. Wokal może nie jest idealny, często sprawia wrażenie lekko wymuszanego, może nie do końca miłego. Na pewno nie jest to rodzaj aksamitnego głosu, nie, to głos, w którym pobrzmiewa trochę ostrej brzytwy, ale tylko odrobinę. Jaff jest także trębaczem, jego brzmienie często więc przypomina brzmienie trąbki z tłumikiem. Jednak muzyka jest znakomita. Ponieważ Cascaro występuje na tej płycie zarówno jako autor tekstów jak i właśnie muzyki, całość jest idealnie zharmonizowana. Taki rodzaj spójności potrafią osiągnąć tylko ci muzycy, którzy tworzą kompleksowo. Znakomite wyczucie rytmu to jest element charakterystyczny tej płyty. Rytmy są tak genialne zresztą, że każdy o przyzwoitym …

W pogoni za szczęściem

Jest w tym filmie taki moment, kiedy tytułowy bohater wyjaśnia słowo „pursuit” (W oryginale tytuł filmu brzmi „The Pursuit of Happiness”) przetłumaczone w polskiej wersji jako „w pogoni”. Wyjaśnia, że bycie w drodze do celu wcale nie oznacza osiągnięcia celu, ani obietnicy osiągnięcia go. Ten film włączyłam po przeczytaniu kilku krótkich komentarzy, sądziłam, że będzie o osiągnięciu celu. Szczęśliwy, radosny obraz osoby, której się udało. Kino prawie familijne. Obraz, jakich w amerykańskim kinie mnóstwo. Ale ten film jest właśnie o drodze do szczęścia. Drodze wcale nie szczęśliwej. Opowiada historię ojca, który postanawia zostać brokerem, a jest tylko sprzedawcą dziwnych urządzeń, których nikt nie chce kupować. Żona przerażona pomysłem brokerowania i jednoczesnym brakiem na czynsz, odchodzi. Ojciec zostaje z synkiem. Potem jest coraz gorzej. Wyrzucają go z mieszkania, za które nie płacił czynszu, z motelu, za który nie także płacił, nocuje w noclegowni. Ale jest na stażu i walczy o to, by zostać brokerem. Cel jak każdy inny. Przeciwieństwa mnożące się. Im więcej ich jest, tym silniej chce osiągnąć cel. Im więcej ma zajęć i mniej …

Córka źle strzeżona

„Córka źle strzeżona” Ferdinanda Hérolda / Johna Lanchbery’ego w Teatrze Wielkim to balet dla początkujących. Nawet dla dzieci, a może szczególnie dla dzieci. Fabuła jest prosta, gesty oczywiste, historia śmieszna, miła i dobrze się kończy. Tańczą nawet kury i kogut. A matka grana przez tancerza jest tak przerysowana jak Magda M. Szymona Majewskiego. Świetne. Oczywiście laik baletu – taki jak ja – nie dokona tutaj oceny profesjonalistów. Powiem jednak, że pewne rzeczy są widoczne, nawet dla laika. Te rzeczy to dwie główne role – Lisa Izabeli Milewskiej i Colas Maksima Wojtiula. Są doskonali. Są tacy, jak być powinni. Ona jest lekka, zwiewna, delikatna i tak do bólu kobieca, że aż ma się ochotę wejść w jej skórę. On jest męski, wygimnastykowany, zwinny i robi ze swoim ciałem, co chce. On ma zresztą zakochaną w sobie spora część widowni. Głównie żeńskiej, ale nie tylko J Ona, podejrzewam, przyciąga drugą część. Są fantastycznie komplementarni, jak para idealna. Wyglądają razem tak, że naprawdę, kiedy podchodzi do niej jego rywal to … ma przeciw sobie całą publiczność. „Córka źle …

Małe dzieci

„Małe dzieci” to film mądry i nieamerykański. To pewnie dwa największe komplementy, jakie o jakimkolwiek filmie mogłabym powiedzieć. Todd Field nakręcił na podstawie powieści Toma Perrotta (współautora scenariusza) film, który trzeba przemyśleć, który skłania do chwili refleksji. Fabuła kręci się wokół postaci, doskonale narysowanych bohaterów granych przez Kate Winslet, Patricka Wilsona, Jennifer Connely i Gregga Edelmanna. Obraz miasteczka amerykańskiego, gdzie ona – prawie doktorat z literatury – wyszła za niego – onanizującego się podczas oglądania stron internetowych bogatego specjalisty ds. brandingu, nie mylić z reklamą. Jest nieszczęśliwa. Gubi się w swoim życiu. Mają małe dziecko. Druga para to ona, zimna autorka filmów dokumentalnych, i on, ciepły tatuś, trzeci raz zdający egzamin adwokacki, zafascynowany deskorolkami. Mają małe dziecko. Między tatusiem, a prawie panią doktor z literatury nawiązuje się romans. Bardziej niesamowity niż wszystko w ich życiu. Gorący, mocny, erotyczny, szalony. Realizują go, kiedy ich małe dzieci śpią podczas popołudniowej drzemki. Jest jeszcze postać ekshibicjonisty mieszkającego z mamusią i ex-policjanta, który pasjonuje się uprzykrzaniem życia ekshibicjoniście. Każda z tych postaci jest niejednoznaczna. I to jest największa wartość …

Klub hipochondryków

Będzie krótko i dobitnie. Obejrzałam „Klub hipochondryków” w Teatrze Syrena i odebrałam go jak chałturę trzech panów – Zamachowskiego, Malajkata i Polka. Bezsensowny spektakl. Tekst chyba niezbyt śmieszny, do tego stały zestaw min Piotra Polka, stały zestaw zachowań Wojciecha Malajkata i Zbigniew Zamachowski w roli geja. Czy granie geja jeszcze nas śmieszy? Nie. Śmieszyło, być może, 10 lat temu, kiedy było nowością. Jeśli w ogóle – oczywiście. Tekst nie był zbyt zabawny, ale i zagrany miernie. Malajkat rżał ze śmiechu z jakiegoś powodu przez połowę sztuki. Z tym, że to było śmieszne tylko dla niego. No cóż, panowie pokazali, jak z pewniaka zrobić klapę. Publiczność standardowo była zachwycona. Nie rozumiem. Klub hipochondryków, Teatr Syrena, Warszawa Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Bistro de Paris

Wczoraj niezwykła podróż kulinarna do Bistro de Paris Michela Morana. Zupełnie niesamowite miejsce. Może nawet nie wystrojem, bo jednak w wystroju dość standardowe, ale kuchnią, obsługą, a przede wszystkim drobiazgami. Jakimi drobiazgami? Na przykład małymi ręczniczkami frotte do rąk w toalecie. Jednorazowymi. Żaden tam papier wysuszający skórę rąk, nie, po prostu małe frotowe ręczniki. Proste? Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Król Roger

W Teatrze Wielkim nigdy jeszcze nie byłam, więc sam budynek zrobił na mnie wrażenie. Na scenie przedziwne widowisko. Trzeba przyznać, że po tylu latach nie chodzenia do opery, wybór „Króla Rogera” Szymanowskiego był lekkim samobójstwem. Można było przecież pójść na coś miłego dla ucha, melodyjnego, jakąś śliczną „Carmen” czy coś w tym stylu. No ale skoro debiutować po latach, to na całego. Szymanowski ma to do siebie, że nie da się go słuchać. Mam w końcu na swoim koncie średnią szkołę muzyczną, więc trochę klasyki się kiedyś nasłuchałam. Szymanowskiego nigdy nie mogłam za bardzo zdzierżyć. Był jakiś irytujący, denerwujący, jakby mało muzyczny – oczywiście w moim klasycznym rozumieniu muzyki. Nie przeczę, broń Boże, że jest geniuszem, mówię tylko, że ja go docenić nie umiem. Wczoraj zresztą w rozmowie z kolegą już po spektaklu, postawiłam taką tezę – ludzie zaczęli słuchać muzyki rozrywkowej, bo klasycznej od dłuższego czasu nie dało się już słuchać. W końcu Szymanowski to początek XX wieku, a brzmi jak najbardziej awangardowy kompozytor, o dzisiejszych Pendereckich czy Kilarach już nie wspomnę. Pomimo całego mojego …

Restauracja Osteria

Któregoś wieczora postanowiłam zrekompensować sobie mój bardzo pracowity weekend i zjeść coś dobrego. Może nawet wykwintnego. Tym razem Osteria. Postanowiliśmy ją testować z kolegą, z którym testowaliśmy już chyba z 30 restauracji w Warszawie. Nie wybieramy miejsc kierując się ceną, wybieramy miejsca kierując się dobrą opinią (zazwyczaj czyjąś) na ich temat. Osterię wybraliśmy, bo od dawna intrygowała nas tym, że jest restauracją rybna, owocowo morską, no i oczywiście ostrygi wiodą prym. Wiemy też, że jeden z prezesów wielkiej polskiej firmy informatycznej (a branża ta jest nam szczególnie bliska) zwykł podpisywać tam kontrakty. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Kolacja dla głupca

„Kolacja dla głupca” to absolutny majstersztyk. Pójście do teatru na ten spektakl to taka chwila, kiedy docenia się fakt posiadania rozumu. Macie czasami takie momenty? Ja miewam. Czasem po premierze nowego filmu Almodovara, czasem po jakimś mocnym koncercie jazzowym, czasem po przeczytaniu Vargasa Llosy, a czasem właśnie po spektaklu. Dziękuję Bogu za to, że obdarzył mnie mózgiem na tyle sprawnym, abym mogła docenić i przez to doznawać uczuć tzw. „wyższych”. Wiem, że to nieprzeciętnie zarozumiałe jest. Mam świadomość, ale przyznaję się otwarcie, że takie uczucia miewam. „Kolacja dla głupca” to spektakl wybitny. Można popłakać się ze śmiechu. Tekst jest fantastyczny, fabuła pełna przewrotnych zwrotów zdarzeń, świetne postaci, no ale przede wszystkim aktorzy … Po szacunku dla widza poznaje się najlepszych aktorów. Szacunku dla widza wymaga granie przez 7 lat „Kolacji dla głupca” z takim zaangażowaniem, jakby się grało premierę. Tam nie było jednej frazy zagranej niedbale, tam błyskało geniuszem z różnych stron. Fronczewski – taki, jak zawsze czyli znakomity. Ale Tyniec … Tyniec to jest dopiero aktor.   Całą swoją rolę – głupca właśnie – zbudował …

Michael Clayton

Tegoroczne recenzje zacznę symbolicznie od obejrzanego już ponad dwa tygodnie temu filmu „Michael Clayton”. Symbolicznie, bo uważam, że rok 2007 był dla kina rokiem słabym. Z zainteresowaniem więc czekam na nominacje do Oskarów, do których jeszcze trochę. Pierwsze podsumowania amerykańskiego przemysłu jednak już się pojawiły, wraz z nimi jest i pierwsze wyjaśnienie tak słabego roku. Prawie wszystkie nominowane przez Stowarzyszenie Aktorów Amerykańskichfilmy wejdą na polskie ekrany w styczniu, lutym i marcu, stąd pewnie moja ocena słabego roku w kinie. Prawie wszystkie, bo w nominacjach kilkakrotnie pojawił się właśnie „Michael Clayton”. Na ten film poszłam tak po prostu, bez większego zadęcia i przede wszystkim bez oczekiwań. Dokładnie tak, jak się idzie na ekranizację Grishama. I pewnie też dzięki takiemu nastawieniu, film zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Powiedziałabym, że porównywalne z „L.A. Confidential”, które zaliczam do moich ulubionych filmów. To jest taka sensacja, o jaką chodzi w filmach sensacyjnych. Od początku wyrywa widza z rzeczywistości niefilmowej, właściwie na początku jest trzęsienie ziemi … potem próbuje powoli wyjaśniać co się dzieje, każe kombinować i kojarzyć fakty, każe myśleć. …