Rok: 2008

Stacyjka Zdrój w Teatrze Ateneum

„Stacyjka Zdrój” nazywana jest sentymentalną wycieczką po twórczości Kabaretu Starszych Panów. To kompilacja piosenek z repertuaru Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Andrzej Poniedzielski dopisał do tych piosenek fabułę i okrasił swoimi dialogami. Spodziewałam się więc pięknych piosenek i „łączników” tekstowych. Łączniki jednakże nad wyraz się autorowi udały, tym samym stały się czymś znacznie więcej niż tylko zwykłymi spoiwami, nadały całości piękny, melancholijny i skłaniający do refleksji sens. Poniedzielski przeniósł akcję w zaświaty – wszystko dzieje się „tam” po śmierci bohaterów, ale to „tam” nazywane jest przez nich „tu”, a „tam” oznacza naszą rzeczywistość. Tytułowa Stacyjka to ostatnia stacja w życiu każdego z bohaterów. Przy czym wszyscy są tam nowi, jeszcze nie wiedzą co się stało, jeszcze nie rozumieją jak i gdzie się znaleźli. W niezrozumieniu owym zresztą pozostają. Fabuła to typowy przedstawiciel twórczości Poniedzielskiego. Od dawna go podziwiam, uwielbiam jego zabawy słowne, popisy których można znaleźć w „Stacyjce Zdrój”. Mamy więc słowotwórstwo w stylu „nevergreen”, „samowicie”, mamy też Jupitera (YouPiter), który okazuje się być Piotrem … bez ambicji na świętego („w angielskim emigranta YouPeter mogłoby …

2 dni w Paryżu

Sezon wakacyjny w pełni. W kinach coraz mniej filmów, na które z pewnością trzeba się wybrać, już powoli zaczyna brakować takich, na które w ogóle można się wybrać. Tym lepiej na tym tle odbija się komedia romantyczna „2 dni w Paryżu”. To film jednego nazwiska – Julie Delpy. Julie przypomina swoją bohaterkę – dzielną, niezależną kobietę – sama wyreżyserowała, zmontowała, wyprodukowała całość i zagrała rolę główną. Dobrała sobie nawet do roli ojca – swojego ojca. Całość jest więc wydarzeniem bardzo autorskim, ale też zrobionym w miłej, kameralnej atmosferze, co można z filmu zobaczyć. Mam wrażenie, że w większości filmów dobra atmosfera na planie przekłada się na dobrą jakość filmu … choć z pewnością kolejne części „Oceans Eleven” znakomicie zaprzeczają tej teorii. Film śmieszy wszystkich tych, którzy nie znają Francuzów. Znam kilka osób, które nację francuską znają tak dobrze, że żaden już dowcip na ten temat ich nie rozbawi. Mnie film bawił bardzo, momentami do łez. Głównie opiera się na różnicach międzykulturowych, co już samo w sobie jest ciekawostką. Oczywiście wykorzystuje też stereotypy i to zarówno …

Restauracja Espania to tu

Espania to tu odwiedziłam z głębokim przekonaniem, że Warszawa nie ma jakoś szczęścia do bardzo dobrych hiszpańskich restauracji. Od czasów, kiedy zamknięto Casa Waldemar, która w moim przekonaniu wybijała się istotnie ponad inne miejsca serwujące iberyjskie specjały, od tego czasu żadna z restauracji nie spowodowała mojego zachwytu. Odwiedzałam już czas temu Casa To tu, ale ponieważ recenzje Espanii były coraz bardziej pozytywne, pora była najwyższa, by jakimś letnim popołudniem zawitać na ul. Gałczyńskiego. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Branford Marsalis w Sali Kongresowej

Trzeci dzień Warsaw Summer Jazz Days. Ciągle nie mogę uwierzyć, że tyle gwiazd może wystąpić w Kongresowej w jednym tygodniu. Zastanawiam się, jak zareaguję na koncert dzisiejszej gwiazdy – Branforda Marsalisa. Mam do niego stosunek szczególny. Właściwie można powiedzieć, że Marsalis jest sprawcą tego, że słucham jazzu. Usłyszałam go pierwszy raz na płytach Stinga, tak, to on jest autorem słynnej solówki do „Englishman In New York”. To on otwarł dla mnie świat dźwięków muzyki synkopowanej, to przez jego płyty dochodziłam po kolei do innych wielkich muzyków, choćby do Milesa. „Mo’ Better Blues” z udziałem jego kwintetu to moim zdaniem najlepsza ścieżka dźwiękowa do filmu napisana kiedykolwiek. A projekt Buckshot Lefonque, z przepiękną wzruszającą kompozycją „Another Day” do dziś – moim zdaniem – nie miał godnego następcy łączącego tak umiejętnie jazz, funk i hip-hop. Odczuwam więc do Branforda Marsalisa rodzaj pewnej czci. Wyznaję go trochę jak religię. Nie dam złego słowa powiedzieć. Ale siedząc na Sali Kongresowej, zastanawiam się, co może zrobić Branford Marsalis po wczorajszym trzęsieniu ziemi – Bobbym McFerrinie. Jak może mnie porwać ktoś, …

Bobby McFerrin w Sali Kongresowej

Wielkim, ciągle niezmienionym zdumieniem napawa mnie fakt, że do Warszawy mogą przyjechać na jeden festiwal takie gwiazdy jak Chic Corea, Bobby McFerrin, Pat Metheny i Branford Marsalis. To jest absolutna czołówka światowa i to oznacza, że Warszawa nabiera coraz większego znaczenia na mapie jazzowych miejsc na świecie. Na koncercie McFerrina nie byłam nigdy, toteż mój szok i zachwyt miał znamiona z jednej strony wrażeń nowicjuszki, ale z drugiej był pełny, szczery, totalny i całkowicie spontaniczny. Bobby wychodzi na scenę sam, ale sam nie jest. Na niczym nie gra, ale robi znacznie więcej muzyki niż trio wokalne wspomagające się elektronicznie występujące tuż przed nim. Zaprasza gości, ale nie po to, by nad nimi górować kunsztem, lecz po to, by po partnersku współtworzyć z nimi dźwięki, rytmy, harmonię, muzykę. Zaprasza publiczność, ale nie tylko do zabawy czy zwykłego bicia brawa, zaprasza do muzyki, ustawia koncert na głosy publiki i swój, łączy wszystko w całość i umożliwia piękną interakcję. Skromny, w T-shircie i dżinsach, siada na krześle i zaczyna wybijając rytm o klatkę piersiową intonować kolejne melodie. Pierwsze …

Seks w wielkim mieście

Na początku od razu wyjaśnię, żeby nie było wątpliwości – bardzo lubiłam serial. Drugie wyjaśnienie dotyczy moich oczekiwań – nie oczekiwałam dzieła, głębokich emocji, ani większych przeżyć. Chciałam się dobrze bawić. Nie sądziłam jednak, że prócz paru dowcipów, czeka mnie też ogromne zażenowanie i wstyd. Że ktoś coś takiego w ogóle nakręcił. Nie staję po żadnej ze stron w wojnie o marki, metki, drogie ciuchy i buty (szczególnie buty) czyli powszechny materializm i konsumpcjonizm bohaterek. Byłam na to przygotowana w jakimś stopniu. Jednak, jak się okazało, w niewystarczającym. Po wyjściu z kina dotarło do mnie, że właściwie mam jeden problem w życiu: nie mam kolekcji nowych butów po 525 USD za parę. To dramat. Zastanawiałam się nawet, czy twórcy po prostu nie chcieli wyśmiać swojego własnego serialu – na zasadzie „chcieliście film – to macie”. Ale to jednak niemożliwe, oni zrobili to na serio. W jedynym momencie, kiedy byłam o krok od wzruszenia, w scenie pożegnania Carrie ze swoją asystentką, główna bohaterka mówi „Przywróciłaś mnie do życia” … a co odpowiada asystentka? Jakieś propozycje? „A …

Things We Lost in the Fire („Druga Szansa”)

W tym filmie nie popisał się tylko tłumacz tytułu. Obserwuję tę dziwną manierę polskich tłumaczy, którzy udają, że wiedzą więcej, że lepiej zrozumieli bądź pomogą widzom w lepszym zrozumieniu. Bardzo mnie to irytuje i uważam, że twórcy powinni sobie tytuły zastrzegać. Jeśli tytuł nie jest idiomem lub faktycznie czymś nieprzetłumaczalnym, jakim prawem tłumacz uważa, że lepiej dopasuje polskie brzmienie tytułu? Ale to naprawdę jedyna rzecz, która mi w tym filmie nie odpowiada. Poza tym, kino jest inteligentne, niebanalne i niedosłowne. Potrzebowałam takiego filmu, który na fali już powoli wchodzącej letniej ramówki telewizyjnej odbija się od rzeczywistości mocnym kontrastem. Film jest o utracie bliskiej osoby, o szczęśliwej miłości i jej nagłym braku, o wieloletniej męskiej przyjaźni, o walce z nałogiem, o śmierci bliskiej osoby. Film jest o wielu ważnych tematach i nie popada w zbytni sentymentalizm, ani przesadę praktycznie w żadnym momencie. Ma kilka smaczków. Takich jak niechronologiczny montaż czy jak słuchanie muzyki przez słuchawki – słyszy ją również widz. Głośniej niż muzykę w tle. A potem, kiedy bohater ściąga słuchawki, muzyka zamienia się właśnie w …

Boathouse

Kiedy tylko zrobi się ciepło, wyjdzie słonko, trawa się zazieleni i panuje ogólne przekonanie, że do lata jest tuż tuż, warto odwiedzić Boathouse. Świetnie usytuowana nad Wisłą elegancka restauracja w żadnym wypadku nie przypomina – jak z nazwy można byłoby przypuszczać – nadmorskiej knajpy rybnej. Przynajmniej nie takiej, o jakich chcemy jak najszybciej zapomnieć ilekroć przypominamy sobie woń smażonej ryby, widok frytury wielokrotnie używanej do przygotowania frytek i wyraz twarzy pań obsługujących. Boathouse to restauracja elegancka. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

21

Czekałam na „21” od czasu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun. Dynamiczny, świetnie zrealizowany – wręcz teledyskowo, z Kevinem Spacey, o hazardzie … nic tylko oglądać. To było kilka miesięcy temu, ale pomimo tego pamiętałam o tym filmie i wyraźnie się niecierpliwiłam, że jeszcze go nie ma (choć większość zwiastunów zapominam po 15 minutach od ich obejrzenia). Na dodatek ten film wyprodukował sam Spacey, więc dodatkowy plus. Mam duży szacunek dla tego aktora. Fabuła jest znakomita, trzeba przyznać, choć żadna to zasługa filmu. Być może tylko należy docenić pomysł sfilmowania książki Bena Mezricha “Bringing Down the House: The Inside Story of Six M.I.T. Students Who Took Vegas for Millions”. Po takim tytule wszyscy wiedzą o co chodzi w filmie. Szczególnie utalentowani matematycznie studenci pod okiem swojego profesora matematyki wygrywają w Vegas duże pieniądze. Proste. Niby tak, ale film trwa ponad 2 godziny. Moim zdaniem za długo. Oczywiście są momenty, że napięcie trzyma, ale są niestety i takie, gdzie widz ucieka myślami w inną stronę. Trochę za dużo kolejnych karcianych akcji, zbliżeń samych kart, twarzy graczy …

Cassandra Wilson “Loverly”

Kiedy wydaje płytę Cassandra Wilson, fani wiedzą o tym z dużym wyprzedzeniem i na tę płytę czekają. Światowa premiera najnowszego CD Cassandry miała miejsce 10. czerwca 2008, ale w przedsprzedaży można było już kupić tę pozycję od kilku dni. Kupiłam. Przesłuchałam kilkakrotnie. Cassandra tym razem klasycznie, oszczędnie, wręcz minimalizuje środki artystyczne. Wykorzystuje dosłownie kilku muzyków na dosłownie kilku instrumentach. Jest więc gitara, fortepian, kontrabas, perkusja i są standardy jazzowe. Znane od lat, ale … no właśnie to „ale”. Ile można jeszcze wycisnąć z Czarnego Orfeusza, którego wszyscy znają, grają i śpiewają, nawet na weselach, statkach czy w jeszcze mniej jazzowych okolicznościach. Ograny do bólu na płycie Cassandry zachwyca świeżością. Podobnie interpretacje „The Very Thought Of You” czy „Caravan” są jakby inne od dotychczasowych. Nie mówiąc już nic o „Lover Come Back To Me”, którego osobiście nie mogę słuchać. Tak bardzo przywykłam do innego tempa i rytmu tego utworu, że akompaniująca Cassandrze gitara doprowadza mnie w tym utworze do szału. Szał to też jakieś emocje. Mój osobisty hit tej płyty to „Spring Can Really Hang You …