Rok: 2008

Trattoria włoska Chianti

Do tej pory zwiedziłam wszystkie restauracje należące do rodzeństwa Kręglickich. Właściwie nie wiem, dlaczego na Chianti jakoś nigdy nie było wcześniej okazji. Przecież lubię włoską kuchnię i naprawdę daję jej dosyć duży kredyt zaufania, choć od kiedy odkryłam francuską, włoska jakoś zeszła na drugie miejsce. Być może dlatego, że porusza się jednak wśród pewnych standardów. I o ile z przyjemnością zjem kolejną wariację na temat carpaccio (bo to można i z sarny, i z truflami, i z kaczki, i nawet z ryb), o tyle zajadanie się pomidorami z mozarellą przestało być już od jakiegoś czasu specjalną atrakcję. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Rolling Stones w blasku świateł

Nie warto iść na ten film jeśli nie lubi się Rolling Stonesów, ale jeśli się ich lubi … nie można tego filmu nie obejrzeć. To ciekawe podejście do filmu dokumentalnego, praktycznie rzecz biorąc nie jest to film dokumentalny, a zapis koncertu. Początkowo akcja koncentruje się wokół kręcenia samego filmu, są wypowiedzi muzyków i Martina Scorsese. Przez jakiś czas trwa zastanawianie się nad dwiema pierwszymi piosenkami, co jest w sumie bardzo zabawne, bo widz odnosi wrażenie, że nikt – ani muzycy ani reżyser – nie wie od czego zaczną. Zdradzę tajemnicę – zaczynają od Jumpin’ Jack Flash, a potem jest już tylko lepiej. Jeśli ktoś był na koncercie Rolling Stonesów, a ja byłam, to na pewno pamięta jaką energię przekazują muzycy publiczności. Mój koncert odbył się na stadionie, ten sfilmowany w sali teatralnej, ale różnica w ilości publiki w niczym muzykom nie przeszkadza. Jagger to po prostu sceniczne zwierzę i trudno sobie wyobrazić, by robił w życiu cokolwiek innego. Koncert przebijają fragmenty wywiadów z różnych telewizji, z różnych lat, wywiadów głównie historycznych. Bardzo zabawne fragmenty o …

Izumi Sushi

Knajpa Roku 2007 w konkursie Gazety Wyborczej raczej nie spełnia oczekiwań najlepszego miejsca na zjedzenie obiadu w Warszawie, przynajmniej nie w niedzielę. Od pewnego czasu już zauważam, że najlepiej sprawdzić czy jakieś miejsce trzyma standard właśnie w niedzielę. Wtedy jest mniej gości, mniejszy ruch, nie wszystko z karty jest osiągalne itd. Izumi Sushi zdało ten egzamin dość słabo, ale od początku. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

John McLaughlin w Sali Kongresowej

Nigdy nie przepadałam szczególnie za Mahavishnu Orchestrą, to nie mój rodzaj jazzu, za mało w nim swingu, za dużo krzykliwych gitar. Zawsze natomiast miałam spory szacunek do lidera formacji – Johna McLaughlina – za to, co wyprawia z gitarą, a właściwie za to, co przy pomocy gitarowych dźwięków wyprawia z ludźmi słuchającymi jego muzyki. Poniedziałkowy koncert w warszawskiej Sali Kongresowej miał być więc dla mnie jedynie ciekawostką, możliwością usłyszenia na żywo legendy gitary jazz-rockowej. Był czymś więcej. Jak już zauważyła – zawsze na bieżąco nadająca – JazzGazeta, McLaughlin dał czadu. Wyszedł na scenę starszy pan, wyprostowany, elegancki, w formie, ale jednak siwiuteńki. Punktualnie, bez żadnego udowadniania spóźnieniami, kto to jest gwiazdą, po prostu wszedł z zespołem, nie zachowując kolejności, nie robiąc z tego show. Przystroił odrobinę gitarę i zaczął. Grał przekrój swoich utworów z różnych lat – swoją drogą, jak to miło, że ktoś może z takiej kolekcji wybierać. Były i ballady i nawet funky. Zaskoczył mnie brzmieniem swojej gitary, znacznie mniej jazz-rockowym niż bym się spodziewała, znacznie bardziej fusion. Ale były też momenty romantyczne …

Grecka Tawerna Santorini

Jeśli się wraca z Krety po tygodniowym urlopie, od którego nie sposób uwolnić myśli i jeśli robi się wszystko, by w grecki klimacie jeszcze chwilę pozostać, warto się wybrać do Santorini. Warto zresztą pewnie i wtedy, kiedy akurat nie wróciło się z urlopu, a po prostu chce się zjeść coś dobrego. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Kayah Prestige Tour

Nie pamiętam kiedy, nie pamiętam czy kiedykolwiek miałam łzy w oczach na czyimś koncercie. Może jak byłam małą dziewczynką. I dzisiaj. Przy „Na pół”. Zasłoniłam się rękami w pozycji obronnej, skuliłam się jakby trochę bardziej niż zwykle, próbowałam osłonić od tych emocji, które ten utwór we mnie budzi. Nie było szansy. Potem zobaczyłam, że Kayah też się trzyma ręką w pasie, a jeszcze później, już w przerwie, przyznała, że się trzyma w ten sposób. Ciarki po plecach. Kayah uwielbiam od płyty „Kamień”. Już kiedyś pisałam o moich wrażeniach związanych z płytą „Unplagged”. A dzisiaj miałam to wszystko zmutowanej formie, na żywo podczas koncertu z cyklu Kayah Prestiże Tour. Zupełnie niezwykłe wydarzenie. Wszystkie te koncerty, w których ostatnio uczestniczyłam są zupełnie niczym w porównaniu do tego. Oczywiście głos jak dzwon, także na żywo. Piękne, czyste dźwięki. Tym bardziej trudne, że przecież Kayah szaleje na scenie. Tańczy, opowiada, klaszcze, biega po widowni, po prostu jest, bardzo intensywnie jest i pomimo tego ciągle śpiewa czysto. Nie ma sensu opowiadać o tym koncercie oceniając kolejno poszczególne elementy. Cały zespół …

Peter Cincotti w Sali Kongresowej

Tak to jakoś jest ostatnio z tymi artystami około-jazzowymi, że ich ostatnie płyty są inne niż wszystkie poprzednie. Te ostatnie płyty robią zawrotną karierę i z promocją tych właśnie płyt, artyści ci występują w Polsce. Problem polega na tym, że ja zazwyczaj pamiętam ich z płyt poprzednich. Tak było z Chrisem Bottim, a teraz z Peterem Cincottim. Petera znam z płyt jazzowych. Uważam go za świetnego wokalistę, zresztą jego dotychczasowy życiorys moją opinię o nim potwierdza. Na przykład dostał nagrodę za interpretację „A Night In Tunesia” Dizziego Gillespiego na bardzo prestiżowym jazzowym festiwalu w Montreux. Na płycie „On the Moon” zachwycał wykonaniem „St. Lewis Blues” i „I Love Paris”, na płycie „Peter Cincotti” kompletnie odlotowym wykonaniem „Sway” i „Are You The One”. To były prawdziwie jazzowe standardy i prawdziwie jazzowe wykonania. Co się stało z Peterem Cincottim na ostatniej płycie? Nie wiem. „East of Angel Town” to płyta, którą jako pierwszą Petera wyprodukował David Foster. Mamy więc na tej płycie klawesyn, kwartet smyczkowy i kilka innych ciekawych brzmień, wszystkich osiąganych w sposób sztuczny – z …

Restauracja La Rotisserie w hotelu Le Regina

Są takie miejsca, które trzeba sobie zostawić na specjalne okazje. Powody są różne, ale w moim przekonaniu dzieje się tak głównie dlatego, że nie wolno sobie „ucodziennić” tych niewielu miejsc trącących geniuszem. Oczywiście problem pojawia się już na starcie – jak orzec, że szef kuchni jest geniuszem nie kosztując wcześniej nigdy jego kuchni? Jest i drugi problem, jak omijać miejsca, o których wiadomo, że powalają na kolana, które się poznało i z których smaki śnią nam się po nocach. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Smaki Warszawy

W „Smakach” byłam już kiedyś służbowo. Robiłam tam zorganizowaną kolację na większą ilość osób. Menu było dobre, ale nie zachwycające. Takie kolacje mają jednak to do siebie, że muszą być przygotowywane według innych zasad niż standardowa karta dań, trudno więc po nich oceniać czy restauracja naprawdę warta jest uwagi. Zapraszam na na fanpage, Twitter i Instagram Frobloga. Zachęcam też do prenumerowania newslettera Frobloga. Co tydzień w piątek wysyłam podsumowanie moich relacji. Wystarczy podać swój adres e-mailowy tutaj: Email *

Cassandra Wilson w Sali Kongresowej

Cassandra Wilson znana jest z ciekawych projektów muzycznych. Poza swoimi solowymi płytami, często występuje z muzykami reprezentującymi mocno awangardowe kierunki jazzu. Przez wiele lat nagrywała z Stevem Colemanem, a jej najnowszym towarzystwem muzycznym jest David Murray & Black Saint Quartet. Na koncercie w warszawskiej Sali Kongresowej muzycy promowali swoją płytę „Sacred Ground”. Koncert bardziej był promowany jako występ samej Cassandry niż mniej znanego polskim odbiorcom Davida Murray’a, ale wszyscy muzycy i wokalistka na scenie okazali się być po prostu partnerami. Koncert zaczął się od kawałków instrumentalnych. Po dwóch pierwszych, weszła na scenę Cassandra … „My name is Cassandra, they call me a prophet of doom” zaśpiewała i od tego momentu właściwie sala była już szczęśliwa. Poza Cassandrą i Davidem wystąpili Lafayette Gilchrist – fortepian, Andrew Cyrille – perkusja i basista Jaribu Shahid. Piszę o partnerstwie w muzyce, bo to wcale nie takie popularne, by tej klasy muzycy po prostu dobrze się ze sobą bawili, improwizowali w równie genialnym stopniu, czy grali demokratycznie kolejno soje kompozycje. Nie było kompozycji Cassandry, ale ona – jak to gwiazda …